Otwarcie aż 66 pkt pod piątkowym zamknięciem (przy ujemnej bazie) pokazało, że na rynku jest bardzo dużo strachu. Nawet jak na ostatnią rekordową zmienność (wczoraj rozpiętość notowań 105 pkt) taka luka staje się wydarzeniem. Dalsza część sesji pokazała jednak, że ten strach był tylko świetną pożywką dla dalszego wzrostu. Proszę jednak nie zrozumieć, że wzrost był oczywisty. Scenariusz gry pod odbicie USA wydawał się przed sesją tak powszechny, że trochę trudno było prognozować rację "większości". Jeszcze trudniej było jednak o inny wariant w momencie, gdy na rynku od otwarcia praktycznie nie istniała podaż na największych spółkach. Tylko emocjonalne (bez obrotu) pierwsze minuty pokazały niedźwiedzi pazur, a potem praktycznie po prawej stronie ofert było pusto przez całą sesję. Nawet realizacja pokaźnych zysków przez day-traderów nie zdołała zepchnąć kursów spod sesyjnych szczytów.

Takiej bierności podaży sprzyjało również analogicznie zachowanie indeksów regionu, a jeśli dodać do tego wzmocnienie walut na tych rynkach, to scenariusz ewakuacji przestraszonych (przez sesję w USA) zagranicznych inwestorów stawał się coraz mniej prawdopodobny. Strach zniknął błyskawicznie i baza na koniec sesji wróciła do ostatniej średniej +18 pkt. Interpretacja takiej sesji jest jednak bardzo niebezpieczna.

Wielu inwestorów zapewne uzna, że skoro nie wzruszyły nas rekordowe spadki za oceanem, to posiadacze akcji są zupełnie bezkarni. Powszechność takiego uczucia będzie pierwszym zwiastunem kreślenia szczytu. Na razie jednak poniedziałkowe zachowanie rynku potwierdziło tezę, że GPW nie dojrzała jeszcze do głębszych spadków. Dopóki nie pojawią się wyraźne sygnały odpływu zagranicznego kapitału, dopóty spadki będą tylko krótkimi korektami.