Kolejna sesja na amerykańskich giełdach nie przyniosła poprawy. Odrabianie piątkowych strat idzie z dużym mozołem, co słabo świadczy o sile kupujących. Nie przesądzałbym jeszcze jednak ostatecznie ich definitywnej porażki. W ostatnich dwóch latach kilka razy obserwowaliśmy sytuację, że notowania mocno spadały, ale potem ruch w dół nie był kontynuowany. Tym razem chyba szanse na taki obrót spraw nie są duże. Po pierwsze, mamy na wykresie pierwszą w ostatnich dwóch latach tak wyraźną negatywną dywergencję na dziennym MACD. Po drugie, skala piątkowej zniżki była znacznie większa niż wcześniejszych wyprzedaży. Po trzecie, rynek żywi się obecnie zawiedzionymi nadziejami na trwalszy ruch w górę, które były jedną z przyczyn zwyżki z początku roku.

Kupujący nie mogą wciąż zebrać sił również na niemieckim rynku. DAX próbował wczoraj nieudolnie odrabiać straty, ale ostatecznie zakończył dzień symboliczną zniżką i osiągnięciem najniższego poziomu od połowy grudnia. Porównanie skali spadku od styczniowej górki z korektami występującymi w 2005 r. pozwala na stwierdzenie, że indeks ma jeszcze miejsce na dalszy ruch w dół. Jeśli spełni się pesymistyczny scenariusz dla S&P 500 zakładający testowanie sierpniowego szczytu przy 1245 pkt, to DAX może już niedługo znaleźć się przy analogicznym wsparciu, które tworzy jesienne maksimum przy 5138 pkt. Wciąż zwiększający się histogram dziennego MACD podtrzymuje zagrożenie przekroczeniem poziomów, przy których kończyły się zniżki w minionym roku. To byłby zły prognostyk na kolejne tygodnie. Znacząco oddalałby perspektywę powrotu hossy na ten parkiet.

Z barierą 22 tys. pkt, gdzie wypadało 61,8-proc. zniesienie październikowej przeceny, uporał się węgierski BUX, ale nie dało to impulsu do ataku na historyczny rekord. To potwierdza, że wydarzenia sprzed trzech miesięcy mogą na dłużej kończyć hossę w Budapeszcie. W sprzyjających okolicznościach możliwe jest dotarcie w rejon 24 tys. pkt, ale to byłaby raczej okazja do pozbycia się tamtejszych akcji niż zachęta do ich kupowania.