Interpretacja nerwowej (rozpiętość 80 pkt.) piątkowej sesji jest dość problematyczna. Jedyne co potwierdziła, to fakt, że mamy teraz zabójczą zmienność notowań. Kierunek w czasie sesji znacząco zmieniać się może kilkakrotnie, a większość z tych ruchów ma charakter czysto spekulacyjny lub jest wynikiem arbitrażu (też rozpoczynanego w "odpowiednim" momencie). Tak rozemocjonowany rynek nie powinien podlegać klasycznej analizie, ale tak jak w kasynie, ustaleniu prawdopodobieństwa kierunku kolejnego ruchu w terminie dłuższym niż 1-2 sesje, na podstawie jedynie wcześniej zdefiniowanych zmiennych z giełdowego otoczenia wpływających na indeksy GPW.
Największe znaczenie ma teraz zachowanie indeksów giełd regionu i jeśli szansę na nowe rekordy oceniać tylko pod tym kątem, to była to bardzo dobra sesja. Z początku inwestorzy mogli mieć obawy, że wyraźna poprawa koniunktury na rynkach rozwiniętych (patrz Japonia i w końcu dobre wyniki w USA) chwilowo odetnie strumień świeżej gotówki od emerging markets i ponownie skieruje go na zaniedbany w ostatnich miesiącach rynek amerykański. Te obawy po raz kolejny rozwiane zostały dość szybko, a rynek węgierski czy rosyjski zanotowały wzrosty największe w całej Europie. Indeks giełdy w Wiedniu po raz kolejny ustanowił nowe szczyty hossy, rosnąc już siódmą sesję z rzędu.
O sile byków niech świadczy niemal zupełne zignorowanie przez indeksy (waluty i obligacje słabły) negatywnej perspektywy ratingowej Węgier. Skomentować to można tylko jednym zdaniem - jeszcze nie pora na bessę. Nawet jeśli ten tydzień wyznaczył szczyt na okrągłych 3000 pkt., to na rynku jest więcej strachu (gwałtowne wyprzedaże w poniedziałek z rana i wczoraj po południu) niż nadziei na dalsze wzrosty, a tak trend spadkowy szybko się nie zrodzi.