Wczorajszy spadek S&P 500 poniżej dołka z 20 stycznia potwierdza, że zagrożenie atakiem na sierpniowy szczyt przy 1245 pkt pozostaje wciąż duże. To kluczowa bariera, po przełamaniu której będzie można mówić o końcu fali wzrostowej, trwającej od trzech miesięcy. Jednocześnie uwagę zwraca to, że po 70 sesjach wzrostu obecny ruch w górę wypada najsłabiej w porównaniu z dwoma wcześniejszymi zwyżkami, trwającymi od sierpnia 2004 r. oraz kwietnia 2005 r. Przez pierwsze 55 sesji obecna fala była silniejsza od swoich poprzedniczek. Ta obserwacja najlepiej pokazuje, jak zmieniają się nastroje na amerykańskim parkiecie - od małej euforii z początku roku do coraz większego zaniepokojenia obecnie. Sen z powiek coraz bardziej spędza inwestorom rynek nieruchomości oraz związane z jego ewentualnym schłodzeniem negatywne konsekwencje dla gospodarki. Stąd też wyraźne reakcje na tego typu doniesienia.

Na razie amerykańska giełda zachowuje się zgodnie ze schematem z ostatnich 2 lat, gdzie po przełamaniu wcześniejszego szczytu hossy następowała stabilizacja notowań. Ostatecznie kończyła się spadkiem indeksu. Trzeba spodziewać się, że tak będzie i tym razem. Dopóki jednak S&P 500 nie znajdzie się poniżej 1245 pkt, wciąż istnieje szansa na podtrzymanie dobrej koniunktury.

Pierwszy raz od końca października poniżej miesięcznej średniej znalazła się brazylijska Bovespa. Zanim ten indeks zaczął tracić na wartości, jego roczna zmiana przekroczyła 60%. Ostatni raz z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w sierpniu 2004 r. Po trzech latach hossy, w trakcie której Bovespa wzrosła o ok. 350%, trudno traktować to inaczej jako oznakę pewnego zaślepienia przy ocenie szans na jej kontynuację. W ubiegłym roku spadek indeksu poniżej miesięcznej średniej kroczącej był bardzo dobrą zapowiedzią dłuższej zniżki. Zapewne ten sygnał okaże się trafny również tym razem. Realizacja takiego scenariusza ze względu na wielkość tej giełdy (jej kapitalizacja jest 5 razy większa od GPW) byłaby złym prognostykiem dla wszystkich rynków wschodzących.