W miajającym tygodniu zapadło rozstrzygnięcie co do dalszych losów koniunktury na warszawskim parkiecie, co najmniej w krótkim terminie. Nie chciało spadać, więc zaczęło rosnąć. Nerwowa atmosfera wśród inwestorów przekładała się na duże zmiany cen akcji, co doprowadzało do równie dużych wahań indeksów. Częsta zmiana bazy z dodatniej na ujemną na futures najlepiej obrazuje nastrój panujący na rynku. Systematycznie zwiększająca się liczba otwartych pozycji karze oczekiwać dalszych sporych zmian na parkiecie.

Po magicznej liczbie 3000, kojarzonej z WIG20, przyszła pora na odkurzenie przeboju pod tytułem "moc marca". Wiara inwestorów, że do marca będzie dobra koniunktura, a WIG20 może nawet dojść do szczytów, powoduje ich niechęć do pozbywania się akcji. Trudno się zresztą dziwić, że podaż słabnie, skoro na giełdę amerykańską powróciła hossa, a indeksy Europy Zachodniej zachowują się co najmniej neutralnie. Na rodzimym podwórku politycy się uspokoili, a prezydent przestał straszyć przedterminowymi wyborami. A swoją drogą, czy wypowiedzi polityków PiS przed wystąpieniem prezydenta, w których sugerowali, że Sejm będzie rozwiązany, to nie manipulacja kursami akcji, obligacji czy złotówki?

Obroty na rynku są niewielkie jak na nasze możliwości (no może poza piątkową sesją), co wskazuje, że sprawcą ostatniej huśtawki nastrojów jest głównie kapitał krajowy. Przy pasywnym kapitale zagranicznym i dobrej koniunkturze na świecie możemy być świadkami powrotu indeksów do szczytów wszech czasów. Tak więc wszystko wygląda bardzo optymistycznie, przyszłość giełdy rysuje się w różowych kolorach, przynajmniej do marca. Kłopot w tym, że jest to opinia większości uczestników rynku.

Piątkowa sesja pokazała, że kolejną falę wzrostu można zrobić za niewielkie pieniądze. Ryzyko inwestycji po tej sesji wzrosło, więc lepiej stać z boku, jeśli się nie posiada akcji. Rynek zrobił się bardzo loteryjny, przypomina to "rzut monetą", więc najwytrawniejsi gracze, o dużych skłonnościach do ryzyka, mają duże pole do popisu.