Mamy za sobą drugie poważne tąpnięcie rynku w ostatnich tygodniach. Wcześniej wywołały go wyniki KGH, teraz przyczyną mocnego spadku były wyniki PKN. Pomimo tych dwóch poważnych ciosów sprawa hossy nie jest przesądzona i o jej zakończeniu jeszcze mówić nie można.
Wtorkowa przecena było dość mocna - jednak nie na tyle, by poważnie zaniepokoić posiadaczy polskich papierów. Nie tylko nie było chęci do jej kontynuowania, ale już dzień później doszedł do głosu popyt podbierający akcje. Czy zakupy na tym poziomie to słuszna decyzja? Można się nad tym zastanawiać, ale na razie z pewnością jest za wcześnie, by w panice sprzedawać. Patrząc na rynek z większej perspektywy to zatrzymanie, które trwa już ponad miesiąc, jest zastanawiające i może sugerować dystrybucję. Niemniej nie sądzę, by hossa skończyła się wyraźnym i oczywistym wykreśleniem formacji podwójnego szczytu, jak wydaje się twierdzić część inwestorów. To byłoby zbyt proste. Nadal stoję na stanowisku, że bessa będzie dla znacznej większości zaskoczeniem. Takie szarpanie rynku w różne strony jest sygnałem, że do punktu przesilenia mamy coraz bliżej.
Wczorajszy wzrost cen wydaje się jedynie odbiciem po przecenie. Po takim ciosie rynek szybko się nie podnosi. Jest całkiem prawdopodobne, że przyjdzie nam ponownie zejść w okolice dołków z lutego. Choćby tylko po to, by przestraszyć co słabszych inwestorów formacją podwójnego szczytu. Jak widać choćby po wczorajszych notowaniach, cały czas popyt jest aktywny. Trwająca konsolidacja przekonuje część graczy, że hossa się szybko nie skończy, bo rynek zdążył się wychłodzić. Duża zmienność każe temu przeczyć. Faktycznie, końcowy wyskok cen jest może jeszcze przed nami, ale mamy coraz więcej oznak, że trend powoli gaśnie.