Codziennie stykam się z ogromem informacji z rynku giełdowego - jedne pomijam, inne wykorzystuję. Z niektórych mogę nawet wywnioskować co się wydarzy.
Czasem, aby zweryfikować swoje zdanie, czytuję też listy dyskusyjne. Przeglądałem przede wszystkim dwie z nich do czasu, gdy ktoś ze znajomych nie pokazał mi kolejnych. Okazało się, że na fali hossy nawet całkiem przypadkowe portale dyskutują o giełdzie. Zastanawiam się kiedy dostanę link z adresem forum kółka rolniczego, z którego użytkownikami będę mógł podyskutować o WIG20?
Wnioskując po powtarzających się internetowych loginach, informacje w sieci wymieniane są na szerokim polu. Jest kilka wartych polecenia grup dyskusyjnych, gdzie rozmowy prowadzone są na wysokim poziomie, ale w przypadku większości można się poczuć jak na jarmarku. Ktoś z użytkowników ma "kogoś w spółce" i charytatywnie przesyła ściśle tajne informacje. Inny ktoś przewiduje wzrosty, bo "znajomy ze spółki mówił, że prezes kupuje". Ostatnio jednak natknąłem się na coś znacznie ciekawszego. Otóż jeden z użytkowników błagał (nie prosił) współposiadaczy o niesprzedawanie akcji pewnej spółki, przekonując, że jej kurs w ciągu kilku dni wzrośnie?
A propos histerii, niezwykłe są też zmiany nastrojów piszących. Jeśli określona spółka rośnie i ma podstawy do dalszych wzrostów, wszyscy się cieszą i ganią solidarnie tych, którzy mają odmienne zdanie. Jednak w sytuacji, gdy ktoś przyznaje się do sprzedaży i zmienia zdanie, dotychczasowi sojusznicy stają się wrogami. Oczywiście, zdaniem internautów, za spadki niemal zawsze odpowiada prezes lub jakiś duży akcjonariusz.
Każda lista ma swojego guru, na którego opinię wyczekują wszyscy użytkownicy. Obserwowałem kiedyś poczynania dwóch panów - jeden z nich po długim okresie doradzania i prowadzenia za rękę niespodziewanie zostawił kolegów, którzy bez niego błądzili jak we mgle, drugi zaś po zdobyciu odpowiedniego zaufania wypuścił nieprawdziwe wiadomości, po czym sprzedał swoje akcje, skasował zysk i zamilkł.