We wszystkich trzech poprzednich przypadkach pogorszenia koniunktury - wiosną 2004 r. i 2005 r. oraz jesienią minionego roku - jedną z jej przyczyn była rosnąca rentowność długoterminowych obligacji w Stanach Zjednoczonych. Wiosną 2004 r. inwestorom po raz pierwszy zajrzała w oczy groźba podwyżek stóp w USA. Rok później pojawiły się obawy o przyspieszenie inflacji i tym samym tempa zaostrzania polityki monetarnej. Jesieną ubiegłego roku sytuację na rynku obligacji warunkowały wysokie ceny ropy naftowej, ostrzejsza retoryka Fed oraz rosnące przekonanie o tym, że wzrost kosztów pieniądza będzie następował w coraz większej liczbie krajów. W ostatnich tygodniach minionego roku pojawiły się co prawda spekulacje o bliskim końcu podwyżek w USA, ale nie trwały długo. Zapewniły jednak w jakimś stopniu grunt pod euforyczny wzrost na rynkach wschodzących z przełomu minionego i tego roku.
Ile miejsca na spadek?
Porównaliśmy zachowanie różnych rynków podczas trzech poprzednich korekt hossy na emerging markets. Przyjrzeliśmy się, jak zachowywały się miesiąc przed ustanowieniem przez giełdy z tych krajów lokalnego szczytu i jak przebiegały notowania przez 50 sesji po tym fakcie. Najpopularniejszy indeks giełdowy rynków wschodzących - MSCI EM - ustanawiał kolejne górki 12 kwietnia 2004 r., 7 marca 2005 r., 4 października 2005 r. oraz ostatnio 27 lutego 2006 r. (2 marca - jeśli uwzględnimy notowania lokalnych walut wobec dolara). Potem spadał nawet o 17,5 proc., jak przed dwoma laty. Jednak dwie ostatnie fale zniżkowe miały znacznie mniejsze rozmiary - zabrały po ok. 8 proc. Ostatnia była bardzo krótka i trwała 11 sesji. Właśnie tyle czasu upłynęło od ukształtowania się ostatniego maksimum. Pomimo dużych emocji towarzyszących wyprzedaży, na razie akcje na rynkach wschodzących straciły tylko ok. 4,5 proc. W takim tempie szły w dół wiosną 2004 r. i 2005 r. Jesienią ubiegłego roku spadały szybciej. Z tej obserwacji można wnioskować, że korekta się nie zakończyła i giełdy będą musiały jeszcze spaść, zanim ukształtują twardy dołek.
Czy będzie on jednak poprzedzał kolejną falę hossy? Dopóki przecena nie przybierze większych rozmiarów niż podczas wcześniejszych korekt, jest na to szansa. Biorąc pod uwagę, że dotychczas nie przekraczały one 38,2-proc. zniesienia poprzedzającego je wzrostu, trzeba z jednej strony liczyć się ze spadkiem w kolejnych tygodniach o takiej samej skali jak ten trwający w tym miesiącu. Z drugiej strony - większa zniżka niż 6,2 proc. od obecnego poziomu będzie sygnałem alarmowym, że tym razem mamy do czynienia z poważniejszym przesileniem.
Odwrót od emerging markets przynosi większe "żniwo" na naszym parkiecie, gdzie WIG spadł o blisko 6 proc. i coraz mniej już brakuje do rozmiarów poprzednich korekt. Nie przekraczały one 9 proc. Ewentualne rozstrzygnięcia mogą zatem nastąpić szybciej.