Spadek cen akcji oraz wzrost rentowności obligacji w USA musiały wpłynąć na nastroje polskich graczy. Spodziewany spadek cen miał miejsce, choć jego skala (rozpoczęliśmy notowania 32 pkt pod zamknięciem z wtorku) nieco mnie zaskoczyła. Po krótkim okresie pogłębienia niedźwiedziej zdobyczy rozpoczęliśmy powolne wspinanie się. Co jakiś czas pojawiały się nowe maksima sesji. Problem w tym, że cały czas nie towarzyszył im większy obrót.
To skłaniało do wniosków podobnych do tych, jakie pojawiały się dzień wcześniej - wzrost ma małe szanse na powodzenie. We wtorek słaba zwyżka przy małej aktywności skłaniała do przypuszczenia, że sygnał odbicia się wykresu cen od linii trendu nie był wiarygodny. Wczoraj dostaliśmy tego potwierdzenie wraz z kolejnym słabym wzrostem. Tym samym nie pozostaje nic innego, jak spodziewać się dalszego spadku. Sytuacja robi się ciekawa, bo tym powolnym zjazdem zbliżamy się do poziomów wsparcia. Można się zastanawiać, czy ta słabość rynku nie jest sygnałem możliwości wystąpienia bardziej zdecydowanego wybicia w dół i testu poziomu dołka z początku stycznia br.
Niska aktywność to nóż obosieczny. O ile nie pozwala ona na to, by oczekiwać teraz poważniejszego wzrostu, o tyle zarazem nie pozwala na śmiałe prognozy co do zejścia cen w dół. Każda prognoza i każde założenie czynione przy małym obrocie jest na starcie obarczone dużym prawdopodobieństwem błędu. Nie przypuszczam, by przy tym poziomie aktywności doszło do poważnego sygnału sprzedaży. Przypomnę, że długoterminowo nadal mamy hossę, a tym samym w okolicy wsparć powinien pojawić się większy popyt. Warto też obserwować wartość bazy, bo ta powoli dochodzi do -50 pkt. To może sygnalizować pesymizm, który spadkom raczej przeszkadza, co też może pomóc bykom na wsparciu.