Szybki wzrost gospodarczy i niska inflacja. Tak można najłatwiej i najkrócej opisać tendencje zachodzące w ostatnich kwartałach w polskiej gospodarce. Ponieważ powyższa mieszanka jest wyjątkowo rzadkim zjawiskiem w ekonomii, powstało już przynajmniej kilka prób jej wyjaśnienia. Jak to zwykle bywa, każda z tych koncepcji prowadzi do odmiennych wniosków odnośnie do przyszłych trendów inflacyjnych, a w rezultacie również pożądanych zmian stóp procentowych.
Łatwo się domyślić, że wśród najbardziej "konserwatywnych" członków Rady Polityki Pieniężnej przeważa opinia, że obecny niski poziom inflacji to efekt czynników jednorazowych. Zdaniem "jastrzębi", po zniesieniu przez Rosję blokady importu polskiej żywności, zniknięciu zagrożenia ptasią grypą oraz podniesieniu marż przez dystrybutorów i producentów paliw, inflacja poszybuje w górę. Część członków Rady uważa również, że niska inflacja w sytuacji dynamicznego wzrostu gospodarczego to po prostu efekt opóźnień występujących w procesie transmisji monetarnej. Zgodnie z tą koncepcją, ożywienie koniunktury nie zdążyło się jeszcze przełożyć na wzrost cen. Oczywiście, oznacza to również, że do odbicia inflacji dojdzie w niedalekiej przyszłości.
Jednak oba te wyjaśnienia ignorują fakt, że okres utrzymywania się inflacji na niskim poziomie był na tyle długi, że trudno wytłumaczyć go w sposób racjonalny, odwołując się wyłącznie do wpływu czynników jednorazowych lub opóźnień w mechanizmie transmisji monetarnej.
Najbardziej przekonującym wyjaśnieniem paradoksu bezinflacyjnego wzrostu byłoby stwierdzenie, że symbioza niskiej dynamiki cen i szybkiego wzrostu gospodarczego to efekt wyjątkowych przemian, którym podlega polska gospodarka. Hipoteza ta ma swoich zwolenników również wśród przedstawicieli władz monetarnych.
Otóż część członków RPP od pewnego czasu wyraźnie podkreśla, że za brak presji inflacyjnej odpowiadają między innymi zmiany strukturalne zachodzące w polskiej gospodarce oraz wzrost wydajności pracy.