W ostatnich tygodniach słyszałem, że niepewność polityczna odpowiada za osłabienie na rynkach finansowych. Następuje odpływ inwestorów wobec ataku na prezesa banku centralnego i w obliczu możliwości wcześniejszych wyborów, czy też koalicji rządowej z Samoobroną. Moim zdaniem, dużo większe znaczenie dla kształtowania wartości polskiej waluty ma obecnie to, co dzieje się na rynku obligacji za oceanem niż kolejne kłótnie na Wiejskiej.
Po tym jak wzrosła rentowność obligacji amerykańskich (z poniżej 4,5 proc. pod koniec stycznia do prawie 4,8 proc. w połowie marca) znaczna część inwestorów instytucjonalnych zdecydowała się wycofać środki z krajów rozwijających się, w tym z krajów naszego regionu. I przenieść je w bezpieczniejsze, a przynoszące przyzwoite zyski lokalizacje. Wyprzedaż aktywów na rynkach wschodzących była związana dodatkowo z wyższymi oczekiwanymi stopami procentowymi w USA i w strefie euro.
Zwróćmy uwagę na dwie publikacje danych dotyczących cen w Stanach Zjednoczonych. 16 marca w reakcji na niską inflację CPI 10-letnie treasuries umocniły się znacząco, a rentowność spadła o ok. 5 pkt bazowych. W tym samym mniej więcej czasie złoty umocnił się o cztery grosze. Z kolei po tym jak 21 marca dane o inflacji PPI (w szczególności komponent bazowy) i towarzyszący temu komentarz Bena Bernanke okazały się negatywne dla amerykańskiego rynku długu (wzrost rentowności o ponad 5 pkt bazowych do powyżej 4,71) złoty osłabił się o kilka groszy do 3,92 wobec euro. Czy był to jednak efekt zapowiedzi złożenia przez PiS wniosku o samorozwiązanie Sejmu, czy też wypowiedzi przewodniczącego Samoobrony, że złoty powinien kosztować 4,5 za euro?
Warto zauważyć, że osłabienie złotego szło w parze ze spadkiem wartości forinta, czeskiej i słowackiej korony, czy też korony islandzkiej, a trudno przecież powiedzieć, że tamte waluty tak nerwowo reagują na wydarzenie w Warszawie. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że wszystko zaczęło się od wycofania aktywów z rynku polskiego w obliczu znaczącego wzrostu ryzyka politycznego. Jednak nie wydaje się to prawdą, biorąc pod uwagę dobre perspektywy polskiej gospodarki (coraz szybszy wzrost z niską inflacją i praktycznie zbilansowana wymiana handlowa). Tym bardziej jeśli porównamy je z fundamentami gospodarki węgierskiej bądź islandzkiej (sytuacja fiskalna znacznie gorsza od polskiej, wysoki deficyt obrotów bieżących).
Wygląda na to, że dla polskiego rynku walutowego dużo ważniejsze od tego, co się dzieje w polityce, będzie w najbliższym czasie to, czy rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich wzrośnie powyżej 4,8 proc., czy też pomimo dalszego wzrostu stóp oficjalnych w Stanach Zjednoczonych (do 5 proc. już maju) ponownie obniży się do, na przykład, 4,5 proc. (kontynuacja tzw. zagadki Greenspana).