Układ czynników przed rozpoczęciem notowań nie był dla naszego rynku korzystny. Zanosiło się na spadek cen i ten się pojawił. Pojawiła się również luka bessy. Spadek szybko został pogłębiony i ceny tuż po starcie notowań na rynku kasowym dotknęły poziomu 2746 pkt. Dalsza część sesji była już lepsza.
O słabym początku notowań przesądziło wtorkowe posiedzenie amerykańskiego komitetu otwartego rynku (FOMC), czyli odpowiednika naszej Rady Polityki Pieniężnej. Podjęto decyzję o podniesieniu głównej stopy procentowej o 25 pkt bazowych. Sama podwyżka nie było dla nikogo zaskoczeniem. Inwestorzy skupili się na treści towarzyszącego jej komunikatu. Okazało się, że jest ona bardzo podobna do tej ze stycznia, co pozwalało na wniosek, że cykl zacieśniania polityki pieniężnej w USA jeszcze się nie zakończył. Wzrosła rentowność amerykańskich papierów. To musiało się odbić na poziomie notowań aktywów z innych, bardziej ryzykownych rynków, do których zaliczana jest Polska. W efekcie notowania złotego mocno spadły, a to pociągnęło i rynek akcji.
Fakt, że przecena nie trwała długo sygnalizuje, że ze zbliżaniem się do poziomów wsparcia aktywność popytu narasta, co skłania do tezy iż na razie nie ma warunków do przełamania kluczowych poziomów i silnego spadku cen. Rynek po nieudanej próbie wzrostu wydaje się zbierać siły na kolejną próbę. Czy wczorajsza zwyżka ma być jej początkiem? Obawiam się, że jeszcze na to za wcześnie. Zauważmy, że mimo niezłego zachowania się cen, obrót ponownie nie był znaczący, choć pocieszające jest, że był większy niż na poprzednich sesjach. Nie wskazuje to raczej na sesję odwrotu. Nie zmienia to faktu, że w dłuższym terminie nadal mamy hossę i mimo tych ponad dwóch miesięcy trendu bocznego niewielką przewagę mają byki.