Amerykanów zniechęciła postawa zarządu LSE, który kategorycznie odrzucił przedstawioną przez nich propozycję. Nasdaq zastrzegł jednak, że może ponowić ofertę w przyszłości - jeśli ktoś inny zainteresuje się kupnem największego parkietu w Europie lub jego szefowie zmienią zdanie.
Kurs LSE zareagował gwałtownie, akcje spadły wczoraj o blisko 9 proc., do 1021 pensów. Mimo to wciąż kosztują prawie o jedną dziesiątą więcej, niż proponował Nasdaq (950 pensów). Zdaniem analityków, jest tak dlatego, że prędzej czy później londyńska giełda zgodzi się połączyć z którymś z rywali. W ciągu ostatnich piętnastu miesięcy, oprócz Nasdaqa, LSE odprawiła z kwitkiem frankfurcką Deutsche Boerse i australijski bank inwestycyjny Macquarie. - W długim terminie konsolidacja jest wysoce prawdopodobna, ponieważ wydaje się, że większość menedżerów giełdy uważa, iż to jest właśnie droga do obniżenia kosztów i poprawienia płynności - twierdzi cytowany przez Reutera analityk Andrew Mitchell z firmy Fox-Pitt Kelton.
London Stock Exchange, na której czele stoi Clara Furse, jest postrzegana za atrakcyjny i w miarę łatwy cel przejęcia. Do dziś pozostała bowiem jedynie rynkiem handlu akcji, nie obudowując go platformą terminową czy działalnością dotyczącą obsługi potransakcyjnej. Przez to, mimo że jest liderem w Europie pod względem liczby i kapitalizacji notowanych na niej spółek, jej wartość rynkowa jest wyraźnie niższa od konkurencyjnych Deutsche Boerse i sojuszu Euronext.
Wśród chętnych na LSE wymienia się rywalkę Nasdaqa zza miedzy, czyli New York Stock Exchange. Właśnie na skutek spekulacji, że NYSE złoży ofertę, akcje LSE osiągnęły w połowie marca rekordowy w historii poziom 1219 pensów.
Reuters