Reklama

Stracone szanse

Na zmianę kursu w polityce fiskalnej ostro zareagują rynki finansowe, tym bardziej, że wydarzenia w Polsce zbiegają się w czasie z wyborami parlamentarnymi na Węgrzech, w Czechach i na Słowacji

Publikacja: 07.04.2006 09:03

Nieustanny szum informacyjny nie ułatwia oceny dokąd zmierzają sprawy gospodarcze w Polsce. A moim zdaniem, zmierzają w złym kierunku, za co odpowiada polityka.

Niby czego tu się czepiać? Gospodarka ma się bardzo dobrze: odradza się popyt krajowy dzięki wzrostowi zatrudnienia, wyższym płacom oraz waloryzacji rent i emerytur, ale i inwestycjom. Rośnie szybko produkcja przemysłowa, zaskakują wysokie obroty w handlu detalicznym, a budownictwo odżywa po dołku spowodowanym wyjątkowo mroźną zimą. Poprawia się także popyt na rynkach zagranicznych, zwłaszcza w Unii Europejskiej. Wreszcie, dobrze rokuje koniunktura w Niemczech. Inflacji prawie nie ma, stopy procentowe spadają. Do czasu?

Tymczasem, te korzystne tendencje mogą paść ofiarą polityki, jeśli zawiąże się koalicja PiS i Samoobrony z dodatkiem LPR bądź PSL. Ta koalicja oznacza realizację czarnego scenariusza sprzed wyborów w 2005 r. Takiego, który mógłby zachwiać stabilnością makroekonomiczną Polski. Lektura paru punktów programu gospodarczego Samoobrony może tylko zjeżyć włosy na głowie: zmiana ustawy o NBP, minimum socjalne, zmiany w kodeksie pracy oraz coroczna waloryzacja rent, i emerytur.

Bezprzykładne ataki na bank centralny i powołanie wątpliwej konstytucyjnie komisji śledczej przez Sejm w sprawie działalności NBP już doprowadziły czasowo do nadmiernych wahań cen aktywów finansowych. Wypada podkreślić słowo "czasowo". Samoobrona bowiem złożyła już projekt ustawy, który ma na celu ograniczenie niezależności NBP. Jego przyjęcie mogłoby przestraszyć rynki finansowe. Projekt ten nie miałby znaczenia, gdyby nie prawdopodobny udział tej partii w koalicji rządowej. Podobno PiS jest mu nieprzychylne, ale samo próbuje podporządkować sobie wszelkie urzędy w państwie, więc pasuje on dobrze do tej filozofii.

Jakoś też, w świetle dotychczasowych nominacji, trudno wyobrazić sobie, aby prezydent RP powołał jesienią na stanowisko prezesa banku centralnego niezależnego fachowca. Te wątpliwości będą trwały aż do przedstawienia kandydatury. Prezes NBP jest, na szczęście, tylko jednym z dziesięciu członków RPP i ma głos decydujący tylko przy remisie, więc polityka pieniężna nie powinna spełniać oczekiwań polityków. Niepewność jednak zagości na dłużej.

Reklama
Reklama

Prawdziwe chmury zbierają się nad polityką fiskalną. Dosadna wypowiedź eurodeputowanego Ryszarda Czarneckiego z Samoobrony, że polityka budżetowa nie może mieć twarzy Zyty Gilowskiej nie pozostawia złudzeń, iż deficyt budżetowy w 2007 r. tylko wzrośnie po jej rezygnacji, bo wątpliwe, aby chciała doczekać dymisji, kiedy do PiS dołączy w rządzie Samoobrona. Na zmianę kursu w polityce fiskalnej ostro zareagują rynki finansowe, tym bardziej, że wydarzenia w Polsce zbiegają się w czasie z wyborami parlamentarnymi na Węgrzech, w Czechach i na Słowacji.

Węgry prowadzą fatalną politykę fiskalną, deficyt finansów publicznych według metodologii unijnej sięgnął 7,4 procent PKB w 2005 r., a w tym roku może się jeszcze zwiększyć. Jak dotąd, rynki finansowe były zadziwiająco cierpliwe i "karały" ten kraj w sposób umiarkowany - dochodowość obligacji rządowych wzrosła o około 1,5 punktu procentowego, a forint osłabił się do euro o około 8 procent od września 2005 r., kiedy okazało się, że z planów ograniczenia deficytu do 4,7 procent nic nie zostało, bo opierały się na kreatywnej księgowości. A niezrażony tym rząd zaczął lansować program obniżenia podstawowej stawki VAT do 20 z 25 procent, redukcji podatków dochodowych i wyższych świadczeń socjalnych w roku wyborczym. Powszechny odpływ kapitału portfelowego wisi tam na włosku, gdyż obie partie dążące do władzy w ogóle nie myślą o zacieśnieniu polityki fiskalnej zajęte obietnicami nowych wydatków z kasy państwa. Kiedy do Węgier z ich nieodpowiedzialnością fiskalną doszlusuje Polska, rynki finansowe mogą stać się bardzo nerwowe. Mogą dojść do wniosku, że ryzyko w regionie staje się nadmierne. Ewentualny kryzys walutowy na Węgrzech mógłby przelać się do naszego kraju. Nawet zanim nowa koalicja zdołałaby cokolwiek zepsuć w polityce budżetowej. Po prostu, inwestorzy skierowaliby się do wyjścia wyprzedzając fakty.

Polityka strukturalna także kuleje. Prywatyzacja została praktycznie zastopowana. W modzie jest łączenie pionowe i koncerny państwowe. Wystarczy, że związki zawodowe sprzeciwią się sprzedaży firmy i już grupowy interes pracowników zatrudnionych w zakładzie przeważa nad interesem całego społeczeństwa, czego przykładem jest zatrzymana prywatyzacja elektrowni Dolna Odra. Rząd preferuje kapitalizm polityczny, czyli wpływ państwa na funkcjonowanie przedsiębiorstw na wolnym rynku, a to oznacza zachowanie większościowych udziałów w przedsiębiorstwach. Umożliwia w ten sposób mianowanie menedżerów powiązanych politycznie z zapleczem partyjnym rządu, często słabych merytorycznie, ale za to podległych władzy. Przykładów jest wiele: nacjonalizacja BOŚ, próba storpedowania fuzji Pekao i BPH, mimo fachowej opinii GINB, że nie zagraża ona konkurencji w sektorze bankowym.

Jak dotąd, nie nastąpiły żadne deregulacje, które obiecywał rząd. Projekty ustaw nie wpłynęły do Sejmu. Ciągle tylko słychać, że rząd je przygotowuje. Nadal brakuje zapowiadanych rozwiązań administracyjnych, które ułatwiłyby dostęp firmom i samorządom lokalnym do funduszy unijnych.

Polska wyraźnie odstaje kursem od czołówki reformatorskiej. Potwierdziły to ostatnie raporty z kilku źródeł: Komisji Europejskiej i EIU. Nie wróży to wszystko dobrze klimatowi inwestycyjnemu w Polsce, która potrzebuje boomu, aby radykalnie obniżyć bezrobocie, a zwłaszcza zapewnić pracę coraz lepiej wykształconej młodzieży z roczników wyżu demograficznego. To ostatni wyż demograficzny, echo wyżu powojennego, który wkroczył na rynek pracy. W najbliższych kilku dziesięcioleciach taka szansa podniesienia poziomu PKB dzięki wzrostowi zatrudnienia już się nie pojawi.

Popsuta polityka makroekonomiczna i powolne tempo przemian strukturalnych doprowadzą do wyhamowania wzrostu gospodarczego w Polsce. Napędzanie popytu przez wydatki państwowe, zwłaszcza konsumpcyjne, zadziała na krótką metę i z czasem doprowadzi jedynie do zwiększenia nierównowagi makroekonomicznej. Zabraknie bowiem nowych zdolności wytwórczych. Czyżby rządzący o tym nie wiedzieli?

Reklama
Reklama
Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama