Reklama

Smakosze ryzyka

Publikacja: 10.04.2006 10:00

Ostatnio Narodowy Bank Szwajcarii podwyższył stopy procentowe (analogiczną decyzje podjął w grudniu ub.r.). Polaków mogłoby to guzik obchodzić, gdyby nie fakt, że część z nich pała specyficzną miłością do szwajcarskiej waluty. Specyfika miłości polega na tym, że - w przeciwieństwie do czasów peerelu - franka kocha się nie za siłę, lecz za słabość. Słabość względem złotego. Umacnianie złotego w ostatnich latach zwiększyło grono miłośników franka. Jak wynika z analizy informacji mediów, niektórzy wierzą wręcz w to, że tak będzie już po wsze czasy. Wierzą tym samym w wieczność rzekomego finansowego perpetuum mobile - nominalnie nisko oprocentowanych kredytów hipotecznych we frankach. Trudno się w sumie dziwić zachwytom mniej zorientowanych klientów banków - nie dość, że nominalne oprocentowanie i raty zdecydowanie niższe niż w kredytach złotowych. A i "papierowa" zdolność kredytowa wyższa?

Cudów nie ma, a rozanieleni własnym geniuszem klienci muszą ponosić jakiś dodatkowy, choć "uśpiony", koszt. Kosztem tym jest brane na klatę - razem z tzw. "tanim" kredytem - ryzyko kursowe. Można przypuszczać, że o tym koszcie wielu "frankofili" nie ma lub nie chce mieć bladego pojęcia. A w miłości do kredytów walutowych umacniają ich niektórzy prominentni politycy, z których jeden swego czasu z niezwykła powagą ogłosił kredyty we frankach "najtańszymi", pomrukując groźnie w stronę nadzoru bankowego, który ośmielił się zauważyć, że takie uproszczone widzenie świata jest niebezpieczne i dla klientów, i dla systemu finansowego.

Może nawet wbrew własnym wyobrażeniom, Polacy aspirują więc do miana narodu ryzykantów. I, mimo ostrzeżeń, część naszych obywateli obstawia całkiem ostro w grze kredytowo - walutowej, opartej w istocie na śmiałym, spekulacyjnym założeniu jednokierunkowego charakteru trendu na rynku notowań złotego względem walut obcych (właśnie z traktowanym niemal równie niepoważnie jak waluta Burkina Faso frankiem szwajcarskim na czele). Ślepa wiara w jednokierunkowość zmian na każdym rynku - także walutowym - może drogo kosztować. Spekulacja, jak to spekulacja, może zakończyć się zarówno kiepsko (jeśli, wbrew nadziejom walutowych kredytobiorców, złoty "przekręci" się na dłużej), jak i przynieść wymierne korzyści (w tym przypadku - najpierw samo otrzymanie kredytu przez de facto sztuczne zawyżenie zdolności kredytowej, a potem - istotne obniżenie kosztów kredytu).

Generalnie, oczywiście wszystko jest dla ludzi. Także kredyty walutowe. Pod warunkiem, że zdają sobie sprawę z tego, co właściwie robią. A zaciągając kredyty walutowe, biorą na siebie ryzyko kursowe i decydują się na ekspozycję na owo ryzyko w sposób porównywalny do tego, jaki stosują wytrawni spekulanci walutowi, którzy sprzedają krótko franka czy euro. I ci, i ci, zajmując pozycję "obstawiają" spadek kursu pożyczanej (sprzedawanej krótko) waluty. Jeśli jednak gracze giełdowi mają szanse na transakcje zabezpieczające, to przeciętny klient banku o możliwościach takich pewnie nawet nie wie (poza prymitywnym hedgem w postaci kupowania walut, które pożyczył, co pewnie nie wchodzi w grę).

Nie wiem, czy w sposób naukowy (nie marketingowy!) badano poziom świadomości istnienia i potencjalnych skutków faktycznej realizacji ryzyka kursowego wśród klientów banków. Zakładam, że większość klientów może - lepiej lub gorzej - zdawać sobie sprawę z faktu, że bezpieczeństwo najważniejszych życiowych inwestycji (kupno mieszkania czy domu) zależy od kursu złotego względem wybranych przez nich waluty. Śmiem twierdzić jednak, że - nawet jeśli tak jest - to i tak triumfuje ślepa, a może po prostu rozpaczliwa wiara w wieczne umacnianie złotego. Wiara rozpaczliwa, bo dla części osób raty od kredytów złotowych są po prostu barierą nie do przejścia, co zamyka drogę do realizacji marzeń o własnym mieszkaniu.

Reklama
Reklama

Dziwić się można również nieco samym bankom. Poprawianie bieżących wyników sprzedaży i zwiększanie akcji kredytowej przez agresywną promocję i pożyczanie klientom walut obcych to zagrywka tyleż błyskotliwa, co ryzykowna. Przecież zrzucanie ryzyka kursowego na często nie dońca rozumiejącego powagę swej decyzji klienta nie jest żadną gwarancją, że klient ów będzie spłacał kredyt regularnie, gdy dojdzie np. do naprawdę istotnego i trwalszego osłabienia złotego względem pożyczonej waluty. W efekcie - z pozoru "sprzedane" ryzyko kursowe może uderzyć w bank rykoszetem. Bo przecież to nie tylko problem wzrostu wysokości samej raty, ale - o czym jakoś dziwnie cicho - problem potencjalnego spadku wartości zabezpieczenia owego kredytu (wartość kredytu w złotych wzrosłaby, a realna wartość nieruchomości obciążonej hipoteką mogłaby nawet spaść).

Ewentualne kłopoty części klientów z obsługą zadłużenia walutowego - w czarnym scenariuszu - mogą wpłynąć na hamowanie popytu na rynku nieruchomości, wyhamowanie wzrostu i spadki cen (i wycen!), co w najgorszym razie może przecież prowadzić nawet do postawienia pod znakiem zapytania losów niektórych inwestycji. A wtedy nawet bazowy (czyli ten sprzed ewentualnego osłabienia waluty krajowej) poziom zabezpieczenia okazać się może cokolwiek iluzoryczny.

Dyrektor

Pioneer Pekao IM

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama