Ostatnio Narodowy Bank Szwajcarii podwyższył stopy procentowe (analogiczną decyzje podjął w grudniu ub.r.). Polaków mogłoby to guzik obchodzić, gdyby nie fakt, że część z nich pała specyficzną miłością do szwajcarskiej waluty. Specyfika miłości polega na tym, że - w przeciwieństwie do czasów peerelu - franka kocha się nie za siłę, lecz za słabość. Słabość względem złotego. Umacnianie złotego w ostatnich latach zwiększyło grono miłośników franka. Jak wynika z analizy informacji mediów, niektórzy wierzą wręcz w to, że tak będzie już po wsze czasy. Wierzą tym samym w wieczność rzekomego finansowego perpetuum mobile - nominalnie nisko oprocentowanych kredytów hipotecznych we frankach. Trudno się w sumie dziwić zachwytom mniej zorientowanych klientów banków - nie dość, że nominalne oprocentowanie i raty zdecydowanie niższe niż w kredytach złotowych. A i "papierowa" zdolność kredytowa wyższa?
Cudów nie ma, a rozanieleni własnym geniuszem klienci muszą ponosić jakiś dodatkowy, choć "uśpiony", koszt. Kosztem tym jest brane na klatę - razem z tzw. "tanim" kredytem - ryzyko kursowe. Można przypuszczać, że o tym koszcie wielu "frankofili" nie ma lub nie chce mieć bladego pojęcia. A w miłości do kredytów walutowych umacniają ich niektórzy prominentni politycy, z których jeden swego czasu z niezwykła powagą ogłosił kredyty we frankach "najtańszymi", pomrukując groźnie w stronę nadzoru bankowego, który ośmielił się zauważyć, że takie uproszczone widzenie świata jest niebezpieczne i dla klientów, i dla systemu finansowego.
Może nawet wbrew własnym wyobrażeniom, Polacy aspirują więc do miana narodu ryzykantów. I, mimo ostrzeżeń, część naszych obywateli obstawia całkiem ostro w grze kredytowo - walutowej, opartej w istocie na śmiałym, spekulacyjnym założeniu jednokierunkowego charakteru trendu na rynku notowań złotego względem walut obcych (właśnie z traktowanym niemal równie niepoważnie jak waluta Burkina Faso frankiem szwajcarskim na czele). Ślepa wiara w jednokierunkowość zmian na każdym rynku - także walutowym - może drogo kosztować. Spekulacja, jak to spekulacja, może zakończyć się zarówno kiepsko (jeśli, wbrew nadziejom walutowych kredytobiorców, złoty "przekręci" się na dłużej), jak i przynieść wymierne korzyści (w tym przypadku - najpierw samo otrzymanie kredytu przez de facto sztuczne zawyżenie zdolności kredytowej, a potem - istotne obniżenie kosztów kredytu).
Generalnie, oczywiście wszystko jest dla ludzi. Także kredyty walutowe. Pod warunkiem, że zdają sobie sprawę z tego, co właściwie robią. A zaciągając kredyty walutowe, biorą na siebie ryzyko kursowe i decydują się na ekspozycję na owo ryzyko w sposób porównywalny do tego, jaki stosują wytrawni spekulanci walutowi, którzy sprzedają krótko franka czy euro. I ci, i ci, zajmując pozycję "obstawiają" spadek kursu pożyczanej (sprzedawanej krótko) waluty. Jeśli jednak gracze giełdowi mają szanse na transakcje zabezpieczające, to przeciętny klient banku o możliwościach takich pewnie nawet nie wie (poza prymitywnym hedgem w postaci kupowania walut, które pożyczył, co pewnie nie wchodzi w grę).
Nie wiem, czy w sposób naukowy (nie marketingowy!) badano poziom świadomości istnienia i potencjalnych skutków faktycznej realizacji ryzyka kursowego wśród klientów banków. Zakładam, że większość klientów może - lepiej lub gorzej - zdawać sobie sprawę z faktu, że bezpieczeństwo najważniejszych życiowych inwestycji (kupno mieszkania czy domu) zależy od kursu złotego względem wybranych przez nich waluty. Śmiem twierdzić jednak, że - nawet jeśli tak jest - to i tak triumfuje ślepa, a może po prostu rozpaczliwa wiara w wieczne umacnianie złotego. Wiara rozpaczliwa, bo dla części osób raty od kredytów złotowych są po prostu barierą nie do przejścia, co zamyka drogę do realizacji marzeń o własnym mieszkaniu.