Reklama

Rynek czeka na drugą turę

Zdaniem analityków, ostateczny rezultat węgierskich wyborów nie będzie mieć większego wpływu na klimat inwestycyjny zarówno nad Dunajem, jak i w całej Europie Środkowowschodniej. Po niedzielnym głosowaniu każda z dwóch wiodących partii wciąż ma szanse na rządzenie krajem.

Publikacja: 11.04.2006 08:38

Teza ekspertów znajduje odbicie w spokojnej reakcji węgierskiego rynku na rezultaty pierwszej tury. Forint podskoczył wczoraj o 0,4 proc. wobec dolara, a budapeszteński indeks giełdowy BUX wzrósł o 0,4 proc., do 23 648 pkt.

W niedzielnym głosowaniu socjaliści otrzymali 43,2 proc. poparcia, a więc tylko o 1,2 pkt. proc. więcej niż prawicowy Fidesz. Węgierska Partia Socjalistyczna wraz z obecnym koalicjantem, Związkiem Wolnych Demokratów, uzyskała 114 miejsc w parlamencie. Opozycyjny Fidesz wspólnie z Węgierskim Forum Demokratycznym, partnerem z czasów kadencji z lat 1998-2002, zgarnął 100 mandatów. Przez najbliższe dwa tygodnie zapowiada się więc ostra rywalizacja o pozostałe do podziału 172 miejsca.

- Prawicowa partia Viktora Orbana ma raczej nikłe szanse na zwycięstwo 23 kwietnia w drugiej turze - uważa Radosław Bodys, ekonomista banku inwestycyjnego Merill Lynch z Londynu. - Kampania wyborcza na Węgrzech obfitowała w obietnice. Żadne z ugrupowań nie będzie najprawdopodobniej w stanie ich spełnić. Tak naprawdę nie ma więc większego znaczenia, kto będzie rządził przez najbliższe cztery lata - dodaje w rozmowie z PARKIETEM.

Rezultat głosowania nie będzie też mieć natychmiastowego przełożenia na klimat inwestycyjny w Europie Środkowowschodniej. - Więcej konkretów będzie można powiedzieć po paru miesiącach rządzenia nowej koalicji. Na razie duży kapitał czeka jeszcze na wybory parlamentarne w Czechach i Słowacji, które odbędą się w czerwcu tego roku - twierdzi Bodys.

Obecna koalicja rządząca zapewniała w kampanii, że będzie dążyć do ograniczenia deficytu budżetowego, który oficjalnie wynosi na Węgrzech 6,1 proc. PKB. - Stosując właściwszą, moim zdaniem, metodę liczenia, można mówić nawet o 9 proc., podczas gdy w Polsce kształtuje się na poziomie 4,7 proc. - mówi Bodys. - Do tego dochodzi problem bliźniaczego deficytu na rachunku obrotów bieżących. Na Węgrzech osiąga on wartość 9 proc. PKB, a w Polsce tylko 1,7 proc. Przy takich wskaźnikach nierealne są plany obu partii, które chcą wprowadzić euro w 2010 r. - dodaje.

Reklama
Reklama

- Przyszły rząd Węgier musi podjąć natychmiastowe działania w celu obniżenia deficytu budżetowego - uważa analityk agencji Standard & Poor's Kai Stukenbrock. - Jeżeli pozostanie on na tak wysokim poziomie, krajowi grozi obniżenie ratingu - dodaje.

Mimo niekorzystnych wskaźników makroekonomicznych, Fidesz obiecuje podniesienie płacy minimalnej o 60 proc., do 100 tys. forintów (ok. 460 USD). Szef partii Viktor Orban planuje również obniżenie składek na ubezpieczenie społeczne oraz podatków od osób fizycznych i jednoczesną podwyżkę. - Retoryka prawicy jest ostatnio bardzo populistyczna - twierdzi cytowana przez Bloomberga Tania Kotsos z londyńskiego banku Royal Bank of Canada. - Utrzymanie się obecnej partii u steru władzy dobrze wpłynie na gospodarkę kraju. W tym optymistycznym wariancie możliwe jest, że za dwa tygodnie za euro wystarczy zapłacić 258, a nie jak dzisiaj ponad 266 forintów - podsumowuje.

Martin Blum, ekonomista wiedeńskiego Banku Austria Creditanstalt, również uważa, że rynki lepiej zareagują na zwycięstwo socjalistów. - Rozwiązania proponowane przez Orbana są mało atrakcyjne - mówi nam Blum.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama