Teza ekspertów znajduje odbicie w spokojnej reakcji węgierskiego rynku na rezultaty pierwszej tury. Forint podskoczył wczoraj o 0,4 proc. wobec dolara, a budapeszteński indeks giełdowy BUX wzrósł o 0,4 proc., do 23 648 pkt.
W niedzielnym głosowaniu socjaliści otrzymali 43,2 proc. poparcia, a więc tylko o 1,2 pkt. proc. więcej niż prawicowy Fidesz. Węgierska Partia Socjalistyczna wraz z obecnym koalicjantem, Związkiem Wolnych Demokratów, uzyskała 114 miejsc w parlamencie. Opozycyjny Fidesz wspólnie z Węgierskim Forum Demokratycznym, partnerem z czasów kadencji z lat 1998-2002, zgarnął 100 mandatów. Przez najbliższe dwa tygodnie zapowiada się więc ostra rywalizacja o pozostałe do podziału 172 miejsca.
- Prawicowa partia Viktora Orbana ma raczej nikłe szanse na zwycięstwo 23 kwietnia w drugiej turze - uważa Radosław Bodys, ekonomista banku inwestycyjnego Merill Lynch z Londynu. - Kampania wyborcza na Węgrzech obfitowała w obietnice. Żadne z ugrupowań nie będzie najprawdopodobniej w stanie ich spełnić. Tak naprawdę nie ma więc większego znaczenia, kto będzie rządził przez najbliższe cztery lata - dodaje w rozmowie z PARKIETEM.
Rezultat głosowania nie będzie też mieć natychmiastowego przełożenia na klimat inwestycyjny w Europie Środkowowschodniej. - Więcej konkretów będzie można powiedzieć po paru miesiącach rządzenia nowej koalicji. Na razie duży kapitał czeka jeszcze na wybory parlamentarne w Czechach i Słowacji, które odbędą się w czerwcu tego roku - twierdzi Bodys.
Obecna koalicja rządząca zapewniała w kampanii, że będzie dążyć do ograniczenia deficytu budżetowego, który oficjalnie wynosi na Węgrzech 6,1 proc. PKB. - Stosując właściwszą, moim zdaniem, metodę liczenia, można mówić nawet o 9 proc., podczas gdy w Polsce kształtuje się na poziomie 4,7 proc. - mówi Bodys. - Do tego dochodzi problem bliźniaczego deficytu na rachunku obrotów bieżących. Na Węgrzech osiąga on wartość 9 proc. PKB, a w Polsce tylko 1,7 proc. Przy takich wskaźnikach nierealne są plany obu partii, które chcą wprowadzić euro w 2010 r. - dodaje.