Strach i chciwość - te emocje z inwestowaniem związane są nierozłącznie. Z jednej strony boimy się stracić, z drugiej jednak chcielibyśmy zarobić. Nie ulega wątpliwości, że pewna doza strachu jest na rynku potrzebna. Przede wszystkim po to, żeby panować nad wielkością zajmowanych pozycji i tym samym ograniczać potencjalne straty, kiedy sytuacja rozwinie się niezgodnie z oczekiwaniami. To właśnie pod wpływem strachu może przyjść nam do głowy czasem ta zbawienna myśl - może tym razem nie warto w tym brać udziału? Sądząc jednak po ostatnich wydarzeniach na rynku, strachu nie ma prawie wcale. Przykładem nieprawdopodobne rajdy Elektrimu, Lubawy, Skotanu. Roczna zmiana kursu tej ostatniej firmy przekracza 5000 proc. I dość często odzywające się w redakcji telefony - "a czym ta spółka się zajmuje, bo kupiłem trochę akcji". Ostatnio zdarzył się rozmówca nawet w niedzielę. Być może działając na giełdzie nie warto być pozbawionym chciwości, ale w połączeniu z nieświadomością i/lub niewiedzą prędzej czy później daje opłakane efekty.
Notowania KGHM dowodzą, że strach zanika także wśród inwestorów instytucjonalnych. Zbliżająca się do rekordów zmienność, najwyższa w historii roczna stopa zwrotu (przekraczająca 220 proc.), silna jak nigdy korelacja z notowaniami miedzi, to czynniki, które sprawiają, że poziom ryzyka jest nadzwyczajnie wysoki. Szczególnie że w przeszłości zdarzały się już nagłe załamania kursu KGHM.
Wątpliwości po wybiciu
O wartości wybicia WIG20 z konsolidacji przekonamy się dopiero w przyszłym tygodniu. Na razie zwyżkę indeksu napędza KGHM z pomocą PGNiG i przy współudziale spółek paliwowych. Tylko o tych dwóch spółkach można bez żadnej wątpliwości powiedzieć, że znajdują się w trendach wzrostowych.
Inwestorzy z rezerwą podchodzą do akcji banków - indeks WIG Banki wciąż nie przekroczył szczytu z początku marca. Niewielka dynamika trwającej od czterech tygodni zwyżki sugeruje, że mogą być z tym kłopoty. W takiej sytuacji za najbardziej prawdopodobny scenariusz uznałbym zwyżkę (w odniesieniu do WIG20) podobną charakterem do tej, jaka miała miejsce w 2004 roku - czyli powolną wspinaczkę, przerywaną częstymi korektami. Wtedy również inwestorzy krajowi i zagraniczni stali po przeciwnych stronach barykady. Z tym że w 2004 roku po stronie popytu znajdowali się raczej zagraniczni gracze, teraz siłą napędową zwyżki są krajowe instytucje. "Zagranica" powstrzymuje się od gwałtownych ruchów - napływ świeżego kapitału hamują coraz wyższe stopy procentowe w rozwiniętych gospodarkach, ale nie ma też zbyt silnej presji podaży z tej strony. Wydaje się, że jeden negatywny czynnik - czyli coraz wyższe stopy procentowe - to zbyt mało, by doprowadzić do istotnej zmiany trendu na wschodzących rynkach, w tym w Warszawie. Dopiero kombinacja rosnących kosztów pieniądza i spadających cen surowców (lub inne sygnały słabnącego wzrostu gospodarczego w najważniejszych światowych gospodarkach) może doprowadzić do większej korekty długoterminowego trendu wzrostowego.