Reklama

Czas na rozliczenia z fiskusem

Jest kwiecień - czas podzielić się zyskami z fiskusem. Przypominamy inwestorom, na co trzeba zwrócić uwagę i jak można zmniejszyć podatek.

Publikacja: 18.04.2006 08:16

Podstawowym dokumentem, jakiego potrzebuje inwestor, jest PIT-8C, który dostarcza biuro maklerskie. Każda z osób, która w 2005 roku sprzedała na giełdzie choć jedną akcję, powinna dostać taki formularz. Są one rozsyłane do końca lutego. Jeśli jednak ktoś - z różnych powodów - takiego dokumentu nie dostał, i tak musi się rozliczyć z fiskusem. A PIT-8C to spora pomoc - warto więc zapytać w biurze maklerskim, co się stało z danymi.

PIT-8C - pomoc,

nie podstawa

Trzeba pamiętać, że PIT-8C to rodzaj pomocy dla inwestora. Wypełniany przez podatnika formularz 38 nie musi wyglądać identycznie jak ten, który dostaliśmy od biura maklerskiego. Ale też w rozliczeniu podatkowym nie można wpisać, co się komu zamarzy. Jeśli ktoś ma bowiem tylko jeden rachunek maklerski, to i w 8C, i w 38 suma przychodów powinna być identyczna. Reszta może ulec zmianie.

Dla większości inwestorów najważniejsza będzie część D w formularzu 8C. Znajdziemy tam informacje o łącznym przychodzie ze wszystkich transakcji. Wpisywany jest tam czysty przychód, czyli wartość gotówki, jaka wpłynęła na rachunek inwestora. Wszystkie koszty - czyli zarówno wydatki na zakup akcji, jak i prowizje (od zakupu i od sprzedaży), znajdziemy pod kategorią "koszty uzyskania przychodu". Tam też wliczone są koszty prowadzenia rachunku. Jednak warto się zorientować, co dokładnie broker tam wpisał. Być może niektóre dodatkowe usługi - jak np. koszty analiz itd. - nie zostały uwzględnione. A o takie wydatki można zmniejszyć wartość dochodu z akcji.

Reklama
Reklama

Zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Finansów, w części D powinny się znaleźć informacje o przychodach ze sprzedaży akcji, które zostały kupione przed rokiem 2004, jeśli biuro maklerskie wie, że podlegają opodatkowaniu. Bo - o czym warto pamiętać - z podatku są zwolnione przychody ze sprzedaży akcji "starych", kupionych przed 2004 rokiem, o ile zostały one kupione na giełdzie (czy CeTO, czyli - generalnie - rynku regulowanym). Jeśli jednak ktoś dostał akcje od firmy albo kupił je poza rynkiem giełdowym, podatek zapłacić musi.

Dokumenty się przydają

Część podatników będzie musiała się także zmierzyć z częścią F formularza 8C. Już sam jej kształt (jedno pole, przeznaczone na przychód uzyskany z akcji kupionych przed 2004 rokiem) świadczy, że nie musi to być łatwe. Tam powinny trafić przychody ze sprzedaży tych walorów, co do których biuro maklerskie nie ma pewności, czy są zwolnione z podatku. To podatnik musi wiedzieć, czy powinien zapłacić fiskusowi, czy też korzysta ze zwolnienia i powinien móc to udowodnić przed urzędem skarbowym.

Jeśli ktoś ma np. akcje, kupione na giełdzie, ale przetransferowane z rachunku w innym biurze, może mieć problem z udowodnieniem, iż korzysta ze zwolnienia. Chyba że skrzętnie gromadził wszelkie rachunki.

Co innego, gdy akcje dostał od firmy, w spadku albo kupił poza rynkiem regulowanym. Wówczas trzeba zapłacić podatek. To, jak duży, zależy od kosztów, które poniósł. W przypadku walorów pracowniczych wpisuje tam kwoty pieniędzy, które wydał na zakup (chyba że papiery dostał za darmo). Tak samo jest, gdy walory zostały zakupione poza rynkiem. Aby udowodnić wysokość kosztów konieczna będzie umowa zakupu. Najgorzej wygląda sytuacja tych, którzy papiery wartościowe dostali w darze albo w spadku. Wtedy koszt nabycia wynosi zero. Czyli trzeba oddać 19 proc. od całości uzyskanej ze sprzedaży kwoty. Tyle że w przypadku spadku można sprawdzić, czy jego nabycie nie wiązało się jednak z wydatkami - zaczynając od podatku spadkowego, na kosztach transferu papierów kończąc. Te wydatki można zapisać do kosztów. Jeśli spadek był większy (np. poza papierami była jeszcze gotówka czy nieruchomości), wydatki na jego objęcie dzielimy proporcjonalnie do wartości uzyskanych tą drogą akcji czy obligacji.

Kosztów jest więcej

Reklama
Reklama

Gdy już mamy PIT-8C, można wypełnić właściwe zeznanie, czyli formularz numer 38. Wygląda on nieco inaczej niż przed rokiem. Pojawiło się w nim bowiem parę pozyWiększość inwestorów zapewne nie będzie tam nic wpisywać. Jednak generalnie wszyscy - i ci, którzy inwestowali w kraju, i ci, którzy zarabiali za granicą - będą musieli wypełnić część C.

I znowu - w rubryce przychód wpisujemy kwotę uzyskaną ze sprzedaży akcji. Jeśli ktoś ma jeden rachunek, będzie ona zapewne identyczna jak ta, wpisana w formularzu 8C. Jeśli zaś korzysta z usług dwóch i więcej biur, będzie musiał te przychody dodać.

Oczywiście, w obu przypadkach kwoty mogą się różnić od tych z PIT-u czy też PIT-ów 8C. Będzie tak, jeśli np. biuro maklerskie omyłkowo zakwalifikowało jakieś papiery jako objęte podatkiem, gdy my tymczasem mamy żelazny dowód, że przysługuje nam zwolnienie. Lepiej jednak nie ryzykować "chałupniczych" metod ograniczania wysokości przychodów (a więc i podatku), polegających na wpisywaniu kwot wziętych z sufitu, licząc, że fiskus się nie połapie. Z dodaniem kilku wartości da sobie radę każdy urzędnik, a wówczas mamy szansę zostać zaproszeni na rozmowę, co może skończyć się koniecznością dopłaty do podatku.

Co innego koszty. Tu zmiany mogą być o wiele większe, bo można wpisać wszystko, co wiąże się z zakupem akcji. Jeśli ktoś ma rachunek internetowy, może dopisać sobie koszty połączenia z siecią. Jeśli ktoś dzwoni do biura i dysponuje billingiem, może wpisać wydatki na telefony. Inwestor, który do gry na giełdzie korzysta z różnego rodzaju serwisów informacyjnych, ma prawo pomniejszyć swój dochód o koszty tych usług. Tutaj mogą się znaleźć wydatki związane z transferem akcji, wydawaniem dokumentów (koniecznych do udziału np. w walnym zgromadzeniu). Można też wpisać koszty kredytów, zaciągniętych na zakup akcji.

Problem z pożyczkami

Część inwestorów ma problem z kredytami. Zasada jest tu taka - kosztem są wszelkie wydatki związane z zaciągniętą pożyczką, jeśli od początku była ona przeznaczona na zakup akcji oraz została na ten cel wykorzystana. Czyli jeśli ktoś pożyczył pieniądze na zakup samochodu i przeznaczył je na akcje, ani prowizji, ani tym bardziej odsetek sobie nie odliczy. Z drugiej strony jednak, jeśli inwestor pożyczył od innej osoby fizycznej gotówkę, wyraźnie wpisując w umowie, że chce ją wykorzystać na inwestycje giełdowe, będzie mógł odliczyć opłatę skarbową i odsetki.

Reklama
Reklama

Jeśli cała pożyczona kwota zostanie wydana na akcje, nie ma problemu. Do kosztów wrzuca się prowizję i odsetki. Jeśli jednak tylko za część pożyczonej kwoty kupi się papiery wartościowe, wówczas jest nieco trudniej. Wtedy stosuje się zasadę proporcjonalności. Czyli gdy pożyczka wyniosła 100 tys. zł, prowizja - przykładowo - 1 tys. zł, a akcje kupiło się za 37 tys., odlicza się tylko odsetki od tych 37 tys. Prowizję trzeba też podzielić - proporcjonalnie do kwoty wydanej na akcje. W tym przykładzie prowizja "do odliczenia" wyniesie 370 zł.

Oczywiście, gdy na akcje nie wydało się ani złotówki z pożyczki, niczego odliczyć nie można. I to nawet wtedy, gdy związek między pożyczką a liczbą kupionych akcji jest niezaprzeczalny. Tak jest w przypadku ofert pierwotnych, gdy popyt jest duży, a kredytów używa się do lewarowania.

Czyli - ktoś miał 10 tys. zł, a pożyczył jeszcze 90 tys. Dzięki temu zapisał się na akcje za 100 tys. zł. Przy redukcji na poziomie 90 proc. wyda na zakup akcji tylko 10 tys. zł, a pożyczkę będzie można zwrócić. Dla każdego inwestora jasne jest, że pożyczka była konieczna, aby móc kupić akcje za 10 tys. zł. W innym wypadku inwestycja miałaby wartość zaledwie 1 tys. zł.

Te argumenty jednak nie trafiły do tej pory do Ministerstwa Finansów. I ono, i aparat skarbowy upierają się, że żadnych prowizji ani odsetek odliczać nie można. Zdaniem ekspertów, fiskus nie ma racji.

W tym wypadku można wybrać dwie drogi. Można pomniejszyć przychód o wydatki na taki kredyt i walczyć do upadłego, czyli aż sprawa trafi do NSA. Innym rozwiązaniem jest rezygnacja z wpisywania takich kosztów do zeznania i zachowanie dokumentów. Całkiem prawdopodobne, że wkrótce jakiś inwestor trafi do sądu administracyjnego z taką sprawą i że sędziowie przyznają mu rację. A wówczas będzie można wyjąć dokumenty z szuflady, złożyć korektę do zeznania i odzyskać nadpłacone pieniądze oraz odsetki.

Reklama
Reklama

Ci, którzy uzyskali przychody ze sprzedaży akcji kupionych przed 2004 rokiem, a muszą od nich zapłacić podatek, wypełniają też kolejną rubrykę w części C - tę, pod nazwą "inne przychody". O tym, co może się znaleźć w kategorii koszty uzyskania przychodu, pisaliśmy wyżej. Do "innych przychodów" wpisują się także ci, którzy w ubiegłym roku zarabiali (albo i nie) na inwestowaniu za granicą.

Zagranica ma gorzej

Dla tych, którzy inwestują na zagranicznych rynkach za pośrednictwem polskich biur maklerskich, rozliczenie będzie podobne, jak w przypadku gry na polskim rynku. Co innego, gdy ktoś gra na własną rękę. Wtedy podatek płacić trzeba, pomocy znikąd nie ma, a na dodatek reguły są nieco bardziej skomplikowane.

Zasady dotyczące przychodów, kosztów i dochodu są zbliżone do stosowanych przy polskich inwestycjach. Z jednym, niby małym, ale znaczącym wyjątkiem - wszystko bowiem trzeba przeliczyć na złote.

Koszt nabycia papieru przeliczamy po kursie z dnia jego poniesienia. Bierzemy pod uwagę albo kurs z banku, z którego usług korzystamy (i wtedy można wziąć pod uwagę cenę zakupu waluty, co jest bliższe rzeczywistym wydatkom), albo używamy średnich notowań NBP z tego dnia (tu zaś różnica między rzeczywistym kosztem a tym, który pojawi się w zeznaniu podatkowym).

Reklama
Reklama

Inaczej jest zaś przy przychodach. Bo też je przeliczamy na złote - ale nie po kursie z dnia dokonania transakcji, ale jej rozliczenia (czyli - jak pisze resort finansów - w dniu postawienia środków do dyspozycji podatnika). Nie ma lekko - trzeba więc nie tylko notować, przy jakim kursie złotego się sprzedało, ale także, jaki był, gdy waluty wpłynęły na konto. To może nieco zaburzać rozliczenia, i to w obie strony - na transakcjach, na których się w walutach zarobiło, można ponieść niewielką stratę, liczoną w złotych, i odwrotnie - przy małych stratach możemy "podatkowo" wyjść na plus.

Rozliczenia zysków osiągniętych za granicą mają jeszcze jedną ważną cechę - musimy wiedzieć, czy od zysków uzyskanych w innym kraju zapłacimy podatek na miejscu. Jeśli tak, to kwotę wpisujemy w odpowiednim miejscu w części D - i możemy sobie ją odliczyć od podatku, który zapłacimy w Polsce. Odliczenie nie może być większe niż kwota, wyliczona według polskich zasad. W innym wypadku mielibyśmy do czynienia z nadpłatą - czyli od polskiego fiskusa odzyskiwalibyśmy część pieniędzy, zapłaconych zagranicznej skarbówce.

Zemsta pechowców

Ci, którzy za granicą nie inwestują, nie muszą się zastanawiać nad kursami i mogą przejść do części D formularza nr 38, gdzie wylicza się wysokość podatku. Pierwsza pozycja - straty - daje pechowym inwestorom szansę na odzyskanie części pieniędzy, które zniknęły w nietrafionych lokatach.

Zgodnie z przepisami, można odliczać straty z poprzednich pięciu lat podatkowych, przy czym odliczenie nie może przekroczyć - w jednym zeznaniu - kwoty 50 proc. strat z lat poprzednich. A konkretnie - z każdego z tych pięciu lat.

Reklama
Reklama

Przykładowo - jeśli ktoś miał pięć lat niepowodzeń za sobą, a w 2005 roku zarobił, może odliczyć - maksymalnie po 50 proc. strat z lat 2000, 2001, 2002, 2003 i 2004.

Powiedzmy, że inwestor stracił 10 tys. zł w 2000 roku, 2 tys. w 2001 r., 9 tys. w 2002 r., 1 tys. w 2003 r. i 500 zł w 2004 r. Daje mu to prawo do odliczenia w roku 2005 następujących sum - 5 tys. zł (za 2000 r.), 1 tys. zł (za 2001 r.), 4,5 tys. zł (za 2002 r.), 0,5 tys. zł (za 2003 r.) i 250 zł (za 2004 rok). Czyli - 11 250 zł do odliczenia w 2005 roku. O tyle może pomniejszyć swój dochód, pod warunkiem że co najmniej tyle zarobił (po odliczeniu kosztów) w 20005 roku. Reszta zostanie do odliczenia w latach następnych - o ile będzie od czego odliczać.

Wystarczy, aby w rubryce dochód wpisał 10 tys. zł i tylko tyle strat będzie mógł odliczyć. A co z resztą?

I znowu - większość inwestorów nie będzie mieć czego odliczyć, bo 2004 rok był całkiem niezły dla giełdowych graczy. Spośród pozostałych najwięcej będzie informować o stratach z 2004 roku, kiedy zaczął obowiązywać podatek od zysków z giełdy. Ale ponieważ niektóre formy obrotu papierami wartościowymi były objęte podatkiem przed 2004 rokiem i część osób notowała ujemne wyniki w poprzednich latach, będzie mieć więcej do odliczenia.

Jeśli ktoś miał pecha w roku 2005 i stracił pieniądze na giełdowych inwestycjach, też powinien rozliczyć się z fiskusem. Choćby dlatego, aby koszty powiększyć o różnego rodzaju wydatki związane z prowadzeniem rachunku. Większe koszty to większa strata, co daje nadzieję na odzyskanie większych kwot w przyszłości.

Potem jest już łatwo - od dochodu odejmujemy straty, które wpisaliśmy w odpowiednią rubrykę, wstawiamy stawkę 19 proc. i wyliczamy podatek. I wtedy mamy najgorszą część - trzeba zapłacić podatek. Ale na pocieszenie zostaje fakt, że skoro musimy coś oddać fiskusowi, to znaczy, że rok 2005 zakończyliśmy zyskiem.

Ile trzeba zapłacić

Warto pamiętać, że PIT-38 jest częścią całościowego zeznania rocznego. Może się bowiem okazać, że nie musimy wpłacić fiskusowi całego podatku od zysków giełdowych, ale mniej. Jeśli bowiem ktoś uzyskuje dochody z innych źródeł - np. z pracy najemnej - i przysługuje mu prawo do odzyskania nadpłaty, może o taką kwotę pomniejszyć sumę wpłacaną z tytułu zysków z giełdy.

Przykładowo - zyski z giełdy wyniosły 4 tys. zł, a nadpłacony podatek, naliczany od poborów, wynosi 1 tys. zł - wtedy wpłaca się tylko 3 tys. zł.

Ale - uwaga - nie chodzi tu w żadnym wypadku o tzw. mechanizm kompensacji strat, bo przychodów z zysków od kapitałów pieniężnych nie łączy się z innymi. To tylko zwykłe rozliczenia - nie ma sensu, żeby czekać na zwrot pieniędzy uzyskanych z jednego źródła (i wykazanych na jednym formularzu), gdy od dochodów z drugiego zapłaciło się za dużo.

Gdyby bowiem doszło do odwrotnej sytuacji - że ktoś z tytułu podatku do pensji musi dopłacić 4 tys. zł, a na giełdzie poniósł stratę w wysokości 1 tys. zł, nie będzie mógł wpłacić na konto fiskusa tylko 3 tys. zł. Niestety - trzeba będzie zapłacić całe 4 tys. i liczyć, że w przyszłości uda się zarobić na akcjach tyle, żeby można było ów tysiąc sobie odliczyć.

Ulga na NFI

Zgodnie z ustawą o podatku dochodowym od osób fizycznych, osobom sprzedającym akcje NFI przysługuje zwolnienie w wysokości połowy miesięcznego wynagrodzenia w roku, w którym została dokonana sprzedaż. Czyli dochód z akcji funduszy sprzedanych w 2005 roku jest zwolniony do kwoty 1 190,14 zł. W przypadku tej ulgi nie ma żadnych warunków, wystarczy sama sprzedaż papierów. Od dochodów ze sprzedaży akcji NFI, które przekraczają tę kwotę, trzeba już zapłacić podatek.

Wrażenie na urzędnikach

Identyczne zasady rozliczania dochodów, jakie obowiązują przy akcjach czy obligacjach, stosuje się do gry na instrumentach pochodnych czy obrocie walutami na foreksie. Ale gracze z rynku kontraktów czy opcji będą w zeznaniach wyglądać na finansowych krezusów. Wprawdzie inwestują tylko kwoty, będące częścią kosztu zakupu danego instrumentu, ale w zeznaniach będzie uwidoczniona cała wartość. Bardziej aktywni inwestorzy będą więc mieć przychody i koszty liczone w milionach złotych. Z punktu widzenia rzeczywistych zysków, nie ma to większego znaczenia, ale na urzędnikach fiskusa może zrobić wrażenie.

Nie ma zeznania bez przychodu

Są tacy, którzy nie będą musieli wypełniać PIT-u 38, mimo że posiadają akcje. Bo przepisy są tak skonstruowane, że premiują aktywne inwestycje. Czyli konieczne są przychody ze sprzedaży papierów wartościowych. Bez przychodów nie ma sensu składać zeznania.

CŻe osoby, które np. mają na swoim rachunku akcje nabyte jeszcze w 2004 roku, ale nic nie sprzedały w ubiegłym roku, nie dostaną ani PIT-u 8C, ani też nie będą musiały składać zeznania na druku 38. Także ci, którzy w ubiegłym roku tylko kupowali akcje, nie będą musieli się rozliczać.

Tyle, że w obu tych przypadkach inwestorzy ponosili koszty - płacili bowiem biuru za rachunek, być może transferowali akcje itd. Co wtedy?

Zdaniem specjalistów, nie ma sensu składać zeznania. Urzędnicy po prostu nie przyjmą do wiadomości, że można mieć koszty przy przychodach równych zero. Lepiej więcej podliczyć sobie wydatki, związane z prowadzeniem rachunku, i dopisać je do zeznania, które złożymy, gdy wreszcie jakieś akcje zostaną sprzedane. Choć takie działanie obarczone jest ryzykiem, że fiskus je zakwestionuje. Może uznać, że w zeznaniu za dany rok podatkowy nie można umieszczać kosztów poniesionych wcześniej. I - według ustawy - będzie miał rację. Trzeba więc policzyć, co nam się opłaca, i ewentualnie sprzedać choć parę walorów. Wtedy będziemy mogli odpisać wydatki z danego roku.

Jest upadłość, nie ma straty

Inwestorzy, którzy kupili akcje spółek, a te upadły, mają pecha. Z punktu widzenia prawa podatkowego nie mogą tego potraktować jako straty. I to mimo faktu, że stracili 100 proc. zainwestowanej kwoty, co zwykle na giełdzie się nie zdarza. Dlaczego tak jest? Wynika to z faktu, że - według fiskusa - strata bierze się z różnicy między ceną zakupu a sprzedaży. Tymczasem w przypadku upadłości o sprzedaży nie ma mowy. Rozwiązaniem jest sprzedaż akcji udokumentowana odpowiednią umową. Warto jednak pamiętać, że taki dokument oznacza konieczność zapłaty podatku od czynności cywilnoprawnych (1,5 proc. wartości transakcji). To dodatkowy koszt, który powiększa stratę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama