Miesiące mijają, a inflacja w Polsce nie przestaje spadać. W marcu ceny towarów i usług konsumpcyjnych były zaledwie o 0,4 proc. wyższe niż przed rokiem i wszystko wskazuje na to, że w kolejnych miesiącach wskaźnik ten może być jeszcze niższy. Do niedawna wydawało się wysoce prawdopodobne, że przez większą część roku stopa inflacji nie przekroczy 1 proc.; obecne prognozy wskazują na to, że nawet z przełamaniem progu 0,5 proc. być może będziemy musieli zaczekać do czwartego kwartału. W komentarzach prasowych coraz częściej pojawia się hasło "deflacja", a analitycy nie ustają w rozważaniach czy w tej sytuacji Rada Polityki Pieniężnej nie zdecyduje się jednak na kolejne obniżki stóp procentowych.
Moim zdaniem, zagrożenia deflacją nie należy przeceniać. Owszem, nie jest wykluczone, że w którymś z kolejnych miesięcy tego roku zobaczymy ujemną roczną dynamikę wskaźnika CPI. Chociaż nie uważam takiego scenariusza za najbardziej prawdopodobny, nietrudno to sobie wyobrazić, skoro wzrost cen już teraz jest bliski zera. Jednak nawet jeśli tak się stanie, będzie to najprawdopodobniej przejściowy "wyskok", tymczasowe zaburzenie, a nie deflacja w sensie ekonomicznym, definiowana w literaturze jako ciągły spadek przeciętnego poziomu cen towarów i usług. Dla perspektyw inflacji w średnim i dłuższym horyzoncie kluczowe znaczenie mają tendencje na rynku pracy oraz w zakresie popytu krajowego. Te zaś wyraźnie wskazują, że układ czynników o charakterze fundamentalnym zmienia się w ostatnich miesiącach zdecydowanie w kierunku sytuacji coraz mniej sprzyjającej utrzymaniu niskich cen (nie wspominając o ich spadku).
Gospodarka rozwija się znacznie szybciej niż jeszcze niedawno się spodziewaliśmy, w dużym stopniu za sprawą dynamicznie rosnącego popytu konsumpcyjnego i inwestycyjnego. Wraz z ożywieniem popytu na pracę przyspieszył wzrost wynagrodzeń, co nie tylko pozwala oczekiwać dalszego wzmocnienia prywatnej konsumpcji, ale też może niekorzystnie oddziaływać na dynamikę jednostkowych kosztów pracy w przedsiębiorstwach.
Warto przypomnieć, że rozważania o zagrożeniu deflacją nie pojawiają się w naszym kraju po raz pierwszy. Bardzo podobna sytuacja do obecnej miała miejsce prawie dokładnie przed trzema laty. W kwietniu 2003 r. roczne tempo wzrostu cen konsumpcyjnych osiągnęło 0,3 proc., najniższy jak do tej pory poziom w historii polskiej transformacji gospodarczej. Co niektórzy - podobnie jak obecnie - traktowali jako wstęp do dalszych spadków w kolejnych miesiącach. Tymczasem oczekiwania te zupełnie się nie sprawdziły i w ciągu kolejnych trzech kwartałów inflacja powróciła ponownie do zakresu dopuszczalnych wahań wokół celu inflacyjnego. Z analogią obecnej sytuacji do tej z 2003 r. trzeba oczywiście bardzo uważać ze względu na to, że wówczas byliśmy w przededniu akcesji do Unii Europejskiej, co miało istotny wpływ na procesy zachodzące w polskiej gospodarce (i w kolejnych kwartałach pchnęło CPI do ponad 4 proc.). Ale też nikt poważny nie ostrzega dziś przed istotnym ryzykiem gwałtownego wybicia inflacji w górę, które mogłoby zagrozić rychłym przekroczeniem celu inflacyjnego. Niemniej jednak, podobnie jak wtedy, tak i w obecnej sytuacji ekonomicznej groźba deflacji w Polsce wydaje się dość odległa.
Ekonomista