Reklama

Nowy konflikt nad Zatoką

Prezydent George W. Bush nie wyklucza ataku na Iran. Prezydent Mahmud Ahmadineżad zapewnia, że irańska armia jest jedną z najsilniejszych na świecie. Zanosi się na drugi poważny konflikt w rejonie Zatoki Perskiej.

Publikacja: 22.04.2006 08:34

Wszystko, co dzieje się w tym rejonie, ma zasięg globalny. Po pierwsze dlatego, że stamtąd pochodzi ponad jedna trzecia ropy naftowej dostarczanej na światowy rynek. Drugim czynnikiem przesądzającym o globalizacji tamtejszych konfliktów jest zaangażowanie w nich Stanów Zjednoczonych, supermocarstwa biorącego na siebie coraz większą odpowiedzialność za losy całego świata. A jeśli jakieś wydarzenia mają charakter globalny, to mogą wpływać na nastroje inwestorów i w konsekwencji na giełdową koniunkturę. Również w Polsce.

Nuklearny pretekst

Bezpośrednią przyczyną obecnego napięcia są oskarżenia USA i Izraela, że Iran prowadzi tajny program nuklearny, którego celem jest zbudowanie bomby. Iran nie zaprzecza, że wzbogaca uran, a na wezwania do zaprzestania tego procederu niedawno odpowiedział, że zamierza go zintensyfikować. Iran jest sygnatariuszem traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) i ma prawo wzbogacać uran. Szef rosyjskiej Federalnej Agencji ds. Energii Atomowej zapewnia, że działalność irańskiej elektrowni atomowej w Buszer w niczym nie narusza postanowień NPT. Elektrownia w Buszer budowana jest z pomocą Rosji. Poza tym irański program atomowy nie zaczął się przecież w tym tygodniu. Trwa już prawie pół wieku, a inaugurował go jeszcze szachinszach M. Reza Pahlavi w 1957 r. Całe zamieszanie wokół tego programu ma podstawy równie wiarygodne, jak informacje CIA o broni masowego rażenia w Iraku.

Awanturniczy prezydent

Iran jest natomiast słusznie oskarżany o wspieranie międzynarodowego terroryzmu i werbowanie ochotników do samobójczych ataków wymierzonych w interesy USA, Wielkiej Brytanii czy Izraela. Uzasadniony niepokój i oburzenie wywołują też w zachodnim świecie awanturnicze, agresywne, nieostrożne i wreszcie dość głupawe wypowiedzi prezydenta Ahmadineżada o tym, że nie było holocaustu, czy o wymazaniu Izraela z mapy.

Reklama
Reklama

Irańczycy wybrali sobie takiego prezydenta, bo rozczarowała ich stara ekipa ajatollahów i liczyli na poprawę warunków życia. Takim oczekiwaniom nie jest w stanie sprostać archaiczna gospodarka Iranu w dwóch trzecich kontrolowana przez państwo. Nie pomagają nawet gigantyczne przychody z eksportu ropy naftowej sięgające już 50 mld USD rocznie. W jednej trzeciej są wydawane na subsydiowanie żywności i benzyny, reszta stanowi ponad 60 proc. dochodów budżetu i w dużej mierze przeznaczana jest na zbrojenia.

W tej sytuacji Ahmadineżad uznał przyspieszenie i nagłośnienie programu nuklearnego za wielką szansę na umocnienie pozycji w kraju i w rezultacie przejęcie całej władzy od spadkobierców islamskiej rewolucji z 1979 r. Dla USA i ich najbliższych sojuszników stało się więc oczywiste, że zatrzymanie tego programu spowoduje odejście Ahmadineżada i objęcie tego urzędu przez bardziej umiarkowanego polityka.

Wszystko jest możliwe

Prezydent Bush mówi, że rozważane są wszystkie opcje, a więc również atak na Iran. Wielkie mocarstwo zawsze musi rozważać wszelkie możliwości, by wykorzystać tę najlepszą. Na razie najbardziej prawdopodobne jest nałożenie sankcji przez grupę krajów - USA, Unię Europejską, Japonię i na przykład Koreę. Na sankcje ONZ nie ma chyba co liczyć, bo nie zgadzają się na nie Rosja i Chiny. Ale sprawa Iranu nie jest najważniejsza w polityce tych państw i przy umiejętnych naciskach Waszyngtonu nie można wykluczyć zmiany ich stanowiska. Nie wolno też jednak zapominać, choć może to teraz zabrzmieć w Polsce jak świętokradztwo, że są kraje, a nawet całe regiony, którym wcale nie podoba się dominacja Stanów Zjednoczonych. Wykorzystają one każdą okazję, by Amerykę osłabić. Niepowodzenie sankcji zmusiłoby Waszyngton do zbrojnej akcji, a to jest zawsze ryzykowne. Więcej na temat możliwości zastosowania sankcji będzie wiadomo pod koniec kwietnia, bo wtedy kwestię irańską ponownie ma rozpatrywać Rada Bezpieczeństwa ONZ. Teraz czeka na raport szefa Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej z ostatniej inspekcji w irańskich ośrodkach nuklearnych. Oczywiście, najbardziej skuteczną sankcją byłoby embargo na irańską ropę. Bez dochodów z jej eksportu władza w Teheranie nie utrzymałaby się zbyt długo.

Bez irańskiej ropy światowa gospodarka dałaby sobie radę, ale byłoby to kosztowne. Iran eksportuje ok. 3,6 mln baryłek ropy dziennie, co stanowi nieco ponad 4 proc. globalnego zużycia tego surowca. Przy obecnie napiętym bilansie energetycznym byłoby to znaczące uszczuplenie dostaw i w rezultacie ropa zdrożałaby jeszcze bardziej. Ceny tego surowca rosną niemal nieustannie od końca 1998 r. i światowa gospodarka zdaje się do tego przyzwyczajać. W każdym razie od tej strony grozi jej jedynie inflacja, a nie załamanie. Wszystko zależy od tego, kiedy drogie surowce zaczną poważnie zmniejszać zyski spółek. Na taką sytuację rynki akcji musiałyby zareagować spadkami.

Atak skuteczny,

Reklama
Reklama

ale ryzykowny

Najbardziej spektakularnym rozwiązaniem i najbardziej skutecznym, jeśli chodzi o wstrzymanie programu nuklearnego, byłby atak na wybrane cele w Iranie. Po pierwsze jednak, nie wiadomo, czy znane są wszystkie cele potrzebne do zastopowania tego programu, a po drugie, czy po takim ataku Irańczycy nie obalą prezydenta, czy przeciwnie - poprą jego żądzę posiadania bomby i zemsty na napastnikach.

Sam atak na irańskie instalacje nuklearne nie spowodowałby zapewne większych zawirowań na giełdach, a już na pewno ewentualne skutki nie byłyby długotrwałe. Groźniejsze dla koniunktury na rynkach kapitałowych mogłyby się okazać kroki odwetowe podjęte przez Iran. Terroryści atakowaliby zapewne różne amerykańskie cele wszędzie na świecie, a może nawet w USA. Znacznie pogorszyłaby się sytuacja amerykańskiej armii w Iraku. Waszyngton nie za bardzo może też liczyć na poparcie takiego ataku nawet przez najbardziej wiernych sojuszników.

Najbardziej obojętna dla rynków byłaby oczywiście trzecia opcja, a więc dalsze negocjacje i próby rozwiązania kryzysu na drodze dyplomatycznej. Najgorsza byłaby czwarta, której jednak nikt poważny nie bierze pod uwagę, a więc zmasowana inwazja na Iran. Taka opcja w Pentagonie nie jest rozważana.

W jak wojna

Podczas seminarium dla analityków zorganizowanego latem ubiegłego roku przez CFA Institute w Chicago wysłuchałem wykładu jednego z moich ulubionych analityków - Marka Fabera. W swym ciekawym wystąpieniu zwrócił uwagę na to, że firmy maklerskie nie zatrudniają teraz analityków specjalizujących się w analizie ryzyka geopolitycznego. Zdaniem Fabera, będzie się to musiało zmienić w ciągu najbliższych kilku lat.

Reklama
Reklama

Narastający kryzys wokół coraz bardziej realnych planów USA zaatakowania Iranu oraz wpływ, jaki to groźba już teraz ma na zachowanie rynków finansowych - szczególnie rynku surowców - zdają się potwierdzać trafność tej obserwacji. Kwestia Iranu nie jest oczywiście nowa. Już w przededniu ataku na Irak wśród członków amerykańskiej administracji kursowało powiedzenie: "Każdy chce iść na Bagdad. Prawdziwi mężczyźni chcą iść na Teheran". Ewentualny atak USA na Iran byłby po prostu kolejnym elementem amerykańskiego planu zdobycia strategicznej kontroli nad głównymi światowymi rezerwami ropy naftowej, które ulokowane są nad Zatoką Perską i w rejonie Morza Kaspijskiego. Pech Iranu polega na tym, że kraj ten graniczy z obydwoma tymi roponośnymi obszarami. Ewentualne zdobycie przez Iran broni jądrowej - możliwe za 5 do 10 lat - zdecydowanie utrudniłoby USA realizację planu, który zaczął być realizowany pod koniec 2001 r. z atakiem na Afganistan.

Imperialny rytm

Ewentualne rynkowe konsekwencje kolejnej wojny w Zatoce Perskiej będą zależeć od terminu ataku oraz skali konfliktu. W tej pierwszej kwestii opinie ekspertów oscylują od: "nigdy" (cała dyskusja o ataku - w tym z użyciem taktycznych ładunków jądrowych - stanowi jedynie próbę wywarcia psychologicznej presji na władze w Teheranie), przez "wiosna 2007" (w normalnym "roboczym" 4-letnim imperialnym rytmie "cyklu prezydenckiego": marzec 1999 - Jugosławia, marzec 2003 - Irak, marzec 2007 - Iran) i "październik 2006" (byłaby to klasyczna "October surprise" mająca na celu odwrócenie spadkowej tendencji poparcia dla republikanów przed listopadowymi wyborami do Kongresu) aż po "lada moment" (rozpowszechniane ostatnio dezinformacje jakoby Iran był zdolny uzyskać ilość wzbogaconego uranu wystarczającą do budowy bomby w ciągu kilkunastu dni, pozwalają snuć i takie scenariusze).

Za rok na wiosnę?

Kwestia terminu ataku ma znaczenie z tego względu, że pod koniec 2006 r. należy spodziewać się znaczącego spowolnienia gospodarki USA będącego konsekwencją trwającego cały czas wzrostu stóp procentowych. Wybuch wojny jeszcze w tym roku, skutkujący cenową eksplozją na rynku surowców energetycznych (baryłka ropy = 120 USD), oznaczałby wepchnięcie gospodarki światowej w recesję (patrz zajęcie Kuwejtu przez Irak latem 1990 r.) i jesienne załamanie na rynkach akcji (chwilowym wyjątkiem byłby, oczywiście, sektor surowców energetycznych oraz metali szlachetnych, oraz rynki akcji głównych producentów energii, takich jak Rosja). Atak na wiosnę 2007 r., już w trakcie spowolnienia, miałby - poprzez stymulujący na średnią metę wpływ wydatków wojennych na gospodarkę USA - wpływ pozytywny (patrz zachowanie rynków akcji po ataku na Irak z marca 2003 r.).

Reklama
Reklama

Zająć Chuzestan

Co do ewentualnego przebiegu konfliktu, to najbardziej dla mnie przekonująco brzmi scenariusz przedstawiony przez jednego z byłych pracowników niemieckiego wywiadu: celem początkowego ataku lotniczego będzie sprowokowanie reakcji wojskowej Iranu - ataku na wojska USA w Iraku oraz zablokowania cieśniny Ormuz - na co USA odpowiedzą - w imię "obrony koniecznej" i odblokowania "wolnego przepływu ropy" - uwaga! uwaga!: zajęciem Chuzestanu. W tej leżącej nad Zatoką Perską i graniczącej z Irakiem i zamieszkałej w większości przez arabską mniejszość nizinnej prowincji Iranu znajdują się prawie całe zasoby ropy naftowej Iranu (a więc jego główne źródło dochodów). Inwestorom zainteresowanym pogłębieniem wiedzy na powyższy, niewątpliwie ciekawy, temat polecam doskonałe analizy, które można znaleźć na stronach Asia Times Online (www.atimes.com) oraz www.antiwar.com.

Wojciech Białek

główny analityk SEB TFI

Niejednoznaczne reakcje na ataki

Reklama
Reklama

Trudno znaleźć wspólny mianownik dla reakcji amerykańskich giełd na ataki zbrojne na inne państwa. Nieco upraszczając można powiedzieć, że inwestorzy działają zgodnie z zasadą "kupuj plotki, sprzedawaj fakty". W obawie przed podjęciem ataku - pozbywają się akcji (ewentualnie sprzedają na krótko), natomiast jeśli kwestia jest już przesądzona - przystępują do zakupów (ewentualnie realizują zyski z krótkich pozycji). Najbardziej spektakularne zmiany notowań miały miejsce w ostatnich latach, kiedy rozpoczęła się wojna z terroryzmem. Kupując amerykańskie akcje na około 10 dni przed atakiem na Afganistan oraz Irak, można było w krótkim czasie zarobić po ok. 8 proc. Trzeba jednak pamiętać, że oba przypadki miały miejsce w czasie bessy. Wdrożenie takiej strategii w życie ma tę trudność, że trzeba trafnie ocenić moment ataku.

Reakcje rynków finansowych na pojawienie się na horyzoncie konfliktów zbrojnych jest równocześnie dobrym miernikiem ich siły. Konsekwencje takich zdarzeń, podobnie zresztą jak czynników natury politycznej, są trudne do natychmiastowego określenia. Zachowanie inwestorów zależy więc w dużym stopniu od tego, czym w danym okresie "żyją" - kwestią wzrostu gospodarczego (tu konflikt zbrojny może być pozytywnie odbierany, gdyż zwiększa wydatki rządowe i stymuluje popyt) czy może zagrożeniami związanymi z inflacją (wyższe ceny paliw, które często wiążą się z atakami zbrojnymi, powodują negatywny odbiór takich zdarzeń), czy też bezpieczeństwem inwestowania (w okresach niepokojów geopolitycznych rośnie zainteresowanie lokowaniem kapitału na rozwiniętych rynkach). W obecnej sytuacji można byłoby zakładać, że kluczowe stanie się zachowanie cen ropy naftowej po ewentualnym ataku. Jeśli teraz inwestorzy go dyskontują, to gdyby już nastąpił, zaczęliby realizować zyski. Niższe ceny ropy mogłyby pozytywnie wpłynąć na giełdy, ale pod warunkiem, że nie wpłynęłyby one na podbicie rentowności obligacji (niższe ceny paliw to szybszy wzrost gospodarki). Równocześnie istotne jest to, że w ostatnich dwóch latach wzrosło znaczenie sektora energetycznego dla koniunktury giełdowej w USA.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama