Ostatnie dane ekonomiczne nie przekonują co do przyśpieszenia wzrostu gospodarczego w USA. W czwartek inwestorzy dowiedzieli się, że wskaźnik wyprzedzający koniunktury LEI wzrósł w marcu o 2,2 proc. (r/r). Dane te są słabe z tego względu, że już od połowy ubiegłego roku LEI znajduje się w trendzie bocznym, oscylując właśnie wokół 2 proc. W najlepszym okresie, dwa lata temu wskaźnik ten sięgał 9,8 proc. LEI to bardzo istotny parametr, gdyż w przeszłości punkty zwrotne na jego wykresie wyprzedzały w czasie analogiczne zmiany produkcji przemysłowej, które to z kolei silnie oddziałują na notowania giełdowe.

Stagnacja LEI oznacza, że nie ma co liczyć na przyśpieszenie zwyżki indeksów za oceanem. Można się raczej spodziewać kontynuacji trendu wzrostowego w takim stylu, w jakim odbywało się to w ostatnich miesiącach. S&P 500 co jakiś czas ustanawia nowy szczyt, po czym pogrąża się na kilka tygodni w korekcie. Schemat ten wpisuje się zresztą w długoterminową formację zwyżkującego klina. Od początku roku indeks znajduje się blisko górnego ramienia tej formacji i opór ten wyraźnie powstrzymuje próby szybszej zwyżki. Na najbliższych sesjach S&P 500 znowu zapewne będzie się mierzył z barierą, co może wywołać krótkotrwałą przecenę, podobną do tej z pierwszej połowy miesiąca.

Brak jednoznacznych pozytywnych sygnałów z gospodarki może mieć też kluczowe znaczenie dla zwyżki technologicznego Nasdaqa Composite. Chociaż nie ma przeszkód w kontynuacji jego wzrostu, to można mieć wątpliwości czy będzie on szybszy niż wzrost indeksu S&P 500 - tak jak to bywa zazwyczaj w okresie silnej hossy. Od początku tego miesiąca wykres siły relatywnej Nasdaqa względem S&P 500 tkwi w miejscu. Jeśli popatrzeć na wykres z dłuższej perspektywy, to łatwo znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego akurat teraz siła relatywna utkwiła w trendzie bocznym. Otóż jej wykres dotarł do oporu wynikającego z serii szczytów z ostatnich dwóch lat. Gdyby udało się przebić tę barierę, mogłoby to oznaczać nowy etap hossy dla całego rynku.