Ten projekt zaczął się tak jak zwykle. Do kierownictwa dużej korporacji, z siedzibą we Francji, trafiły anonimowe informacje, że dyrektor zarządzający polskim oddziałem prowadzi bardzo aktywny tryb życia, niekoniecznie związany z wypełnianiem obowiązków służbowych. Ponadto, ktoś "dobrze poinformowany" doniósł, że dyrektor wydaje sporo pieniędzy na prywatną rozrywkę i jest podejrzenie, że koszty te rozlicza jako wydatki służbowe.
Błyskawiczny telefon z Paryża do naszego biura w Warszawie i już byliśmy w drodze. Firma miała siedzibę w Gdańsku, więc było trochę czasu na zapoznanie się z tym, co przekazał informator. Dowiedzieliśmy się, że dyrektor był obcokrajowcem i przebywał w Polsce przez około 8-10 dni w miesiącu. Większość wydatków, które ponosił, pokrywał firmową kartą kredytową wystawioną na macierzystą firmę - centralę korporacji w Paryżu.
Po kilku godzinach podróży, rozpoczęliśmy prace na miejscu i dość szybko dotarliśmy do pierwszych dokumentów pozwalających na poznanie mechanizmu oszustwa. Następne kilka dni zajęła mozolna analiza dokumentacji i weryfikacja danych przechowywanych w formie elektronicznej, w celu oszacowania wysokości strat poniesionych przez spółkę i zgromadzenia materiału dowodowego dla celów procesowych.
Sam mechanizm oszustwa był stosunkowo prosty. Ze służbowej karty kredytowej były pobierane duże ilości gotówki. Jako rozliczenie tych operacji były przedstawiane wydruki z bankomatu opisane jako wydatek służbowy - zazwyczaj jako konsumpcja z klientem lub nocleg. Ponieważ we Francji nikt nie znał polskiego, więc na podstawie opisów dokonanych przez dyrektora, wydatki te były zatwierdzane jako służbowe. Poza wydrukami z bankomatu, inne "służbowe" wydatki obejmowały między innymi rachunki z kasyna oraz faktury wystawiane przez agencje towarzyskie.
Ciekawe rzeczy ujawniono podczas analizy wydatków gotówkowych. Przy każdej wizycie w Polsce dyrektor wydawał na taksówki około 10 tysięcy złotych. Rachunki w większości były wystawione przez jednego taksówkarza. Z opisów tras, które dyrektor przemierzał, wynikało, że przez połowę czasu spędzonego w Polsce nie powinien właściwie wychodzić w taksówki. Po dłuższych rozmowach taksówkarz, który wystawiał wątpliwe rachunki, przyznał, że koszty faktycznych kursów nie przekraczały 2 tysięcy złotych. W dodatku zawsze dawał dyrektorowi kilka pustych rachunków, których nie ewidencjonował, bo wiedział, że rozliczenia trafią za granicę i urząd skarbowy w Polsce nigdy się o nich nie dowie.