Twierdzenie, że inwestycje są warunkiem koniecznym do rozwoju gospodarczego jest truizmem. Wielokrotnie powtarzane staje się przy okazji banałem. Jednak mimo dość dużej zgodności wśród ekonomistów co do znaczenia inwestycji dla gospodarki, procesy inwestycyjne są stosunkowo słabo poznane, a wiedza na temat ich specyfiki nie jest powszechna.
Ale po kolei. O wadze problemu związanego z inwestycjami mieliśmy okazję przekonać się w zeszłym roku, kiedy to Główny Urząd Statystyczny poinformował, że inwestycje, zwane formalnie nakładami brutto na środki trwałe, wzrosły w pierwszym kwartale o 1 procent. Dodać należy: zaledwie o 1 procent, ponieważ ówczesne oczekiwania wskazywały na możliwy wzrost wyraźnie powyżej 5 procent. Dla analityków było to takie zaskoczenie, że po raz pierwszy od wielu lat zaczęli kwestionować rzetelność danych GUS-u. Szczególne wątpliwości budził fakt, że w przypadku I kwartału GUS nie posiada tzw. twardych danych od przedsiębiorstw zatrudniających poniżej 50 pracowników, a swoje szacunki opiera między innymi na badaniu reprezentacyjnym zbyt małej liczby przedsiębiorstw z tej grupy. GUS, w odpowiedzi na te wątpliwości, opublikował szeroką informację o metodologii kwartalnych szacunków rachunków narodowych, których częścią są szacunki inwestycji.
Ostatecznie pogodzono się z niespodziewanie słabym wzrostem inwestycji w I kwartale 2005 roku. To jednak nie zamknęło dyskusji, a wręcz przeciwnie - stworzyło dopiero pole do dalszych rozważań na temat przyczyn tak niskiego wzrostu inwestycji w gospodarce. Wiele wskaźników, na podstawie których próbuje się z wyprzedzeniem szacować poziom inwestycji (np. środki na rachunkach przedsiębiorstw, kredyty dla przedsiębiorstw, import inwestycyjny), wskazywało wówczas na możliwy wysoki wzrost inwestycji. Rzeczywistość jednak okazała się inna. Winą za taki stan rzeczy obarczono czynniki o charakterze psychologicznym. Według tej koncepcji, przedsiębiorcy nie inwestowali, ponieważ nie mieli zaufania do trwałości wzrostu gospodarczego i obawiali się zamieszania związanego z wyborami politycznymi oraz niepewności w odniesieniu do polityki gospodarczej rządu. Trudno z pełnym przekonaniem stwierdzić, czy ta teoria jest słuszna, ponieważ w Polsce nie prowadzi się w szerokim zakresie badań dotyczących czynników wpływających na decyzje inwestycyjne przedsiębiorstw.
Obecnie jesteśmy w bardzo podobnej sytuacji jak przed rokiem. Czwarty kwartał roku 2005 rozbudził nadzieje na odrodzenie się popytu inwestycyjnego - nakłady brutto na środki trwałe wzrosły niemal o 10 procent. Powszechne jest oczekiwanie, że w pierwszym kwartale 2006 roku wzrost inwestycji był co najmniej taki jak w poprzednich trzech miesiącach. Analogia do sytuacji sprzed roku nakazuje jednak ostrożność. Mimo że wybory już dawno za nami (a może jednak przed nami?), wciąż nie doczekaliśmy się większościowego rządu. Polityka gospodarcza jest niespójna. Przedsiębiorcy co chwila straszeni są wizjami antyliberalnych reform w wydaniu słabo wyedukowanych ekonomicznie polityków populistycznych partii. Dodatkowo podważa się autorytety takich instytucji jak NBP czy Trybunał Konstytucyjny, które do tej pory widziane były jako stabilizatory życia społeczno-gospodarczego w Polsce. Przedsiębiorców optymizmem nie napawa też wizja odłożenia w czasie wejścia naszego kraju do strefy euro, co pozwoliłoby na wyeliminowanie niektórych elementów ryzyka gospodarczego i zmniejszenie kosztów działalności.
Trudno więc obecnie liczyć na optymizm przedsiębiorców i ich wiarę w długookresowy wzrost polskiej gospodarki. Jeśli rzeczywiście czynniki psychologiczne odgrywają tak znaczącą rolę w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych, to dane odnośnie do pierwszego kwartału bieżącego roku, które GUS opublikuje pod koniec maja, mogą nas znowu rozczarować.