Piątkowe notowania na warszawskim parkiecie rozpoczęły się od wysokiego C. Indeks WIG20 krótko po godzinie 10.00 wspiął się do rekordowego poziomu 3298,37 pkt. Później było jednak już gorzej. Po godzinie handlu z porannych wzrostów już nic nie zostało, później popadliśmy w marazm. Z tego marazmu nie zdołały polskiego rynku wyrwać nawet słabe dane z amerykańskiego rynku pracy, które w sposób zdecydowany podniosły notowania kontraktów terminowych na główne amerykańskie indeksy.
W kwietniu zatrudnienie w sektorze pozarolniczym USA wzrosło o 138 tys. osób, podczas gdy analitycy szacowali wzrost na poziomie 200 tys. Słabsze dane zostały zinterpretowane jako czynnik, który zmniejsza szanse na dalsze podwyżki stóp procentowych w USA. Stąd też umocnienie kontraktów na S&P500 czy Nasdaq.
To, co nie udało się po publikacji danych z USA, udało się na końcowym fixingu. Podciągnięcie kursu o 0,5% sprawiło, że ostatecznie indeks grupujący największe spółki zakończył piątkowe notowania na poziomie 3282,02 pkt., czyli o 0,86% wyżej niż w czwartek.
Wczorajsza sesja w żaden sposób nie zmienia korzystnej dla strony popytowej sytuacji technicznej na wykresie WIG20. Byki wciąż mają wyraźną przewagę, a dalsze wzrosty pozostają najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. Największym obecnie zagrożeniem dla wzrostów, oprócz dość powszechnych negatywnych dywergencji na RSI, jest potencjalna formacja podwójnego szczytu z linią szyi na 3167,13 pkt (dołek z 27 kwietnia). To jednak zbyt mało, nawet żeby redukować teraz pozycje.
Nadziei na większą zniżkę nie daje również ostatni odczyt wskaźnika Wigometr. Oczywiście, w kontrariańskiej interpretacji. Wigometr spadł w tym tygodniu o 8 pkt, do -37 pkt. Jest to efekt wzrostu liczby pesymistów z 43 proc. do 53%, przy równoczesnym wzroście optymistów z 14% do 16 proc..