Do bólu śmieszy mnie takie pojmowanie wolności rynku, gdzie nie ma miejsca na nadzór i regulację. Patrzę na takich bida-liberałów (nie mylić z łże-elitą, bo to zupełnie inna kategoria umysłowa) i wyobrażam sobie, jak klną na rachunki telefoniczne, za energię... I jaka jest ich wiedza o tym, za co i ile płacą...
Przypomina mi się niedawne spotkanie organizowane przez bank Nord/LB, gdzie dzisiejszy wiceprezes ITI, a przez lata menedżer PTC (sieci komórkowe Era i Heyah) publicznie głosił swoją tęsknotę za pojawieniem się silnego nadzoru nadawców audiowizualnych, bo bałagan w sytuacji braku regulacji jest nie do zniesienia. I niemal na tym samym oddechu wspominał, że jednym z efektów słabości nadzoru nad rynkiem telekomunikacji jest to, że płacimy kilkakrotnie za dużo za połączenia głosowe w sieciach komórkowych i kilkanaście razy za dużo za transmisję danych w tychże sieciach. I kto to mówi? Autor sukcesu rynkowego i finansowego Ery i Heyah. Czy to nie wystarczająca rekomendacja?
Ci, którzy pokrzykują i wykpiwają regulacje biurokratów z Brukseli, widzą tylko te posunięcia, które prowadzą do wzrostu cen albo nieuzasadnionych przepływów finansowych przez unijny budżet. Trudno nie przyznać racji, że zobowiązywanie krajów członkowskich do podnoszenia akcyzy z reguły ma na celu ochronę starej Unii przed nami, a nie naszej gospodarki przed gospodarką "przepodatkowanego" Zachodu. To się w Polsce podobać nie może, bo jest przeciwko naszym interesom. Nie podoba się nam też dyktat w kwestii podnoszenia stawek VAT do najwyższego obowiązującego w danym kraju poziomu. Tak jak w budownictwie czy w dziecięcych pieluchach. Nie rozumiemy sensu tej regulacji-harmonizacji-biurokracji.
Zupełnie zaś nie słychać utyskiwań na eurokrację, kiedy Komisja Europejska po 10-miesięcznym postępowaniu stwierdza, że biznesowi i indywidualni klienci płacą za dużo za rozliczenia transakcji dokonywanych za pomocą kart płatniczych. W takich Czechach czy Portugalii detaliści muszą oddawać nawet 3 proc. wartości sprzedaży. A to wpływa na poziom cen, czyli także wskaźnik inflacji. Rynek płatniczy jest mocno poszatkowany na państwa i samo usprawnienie, dopuszczenie konkurencji międzynarodowej mogłoby przynieść krajom Unii Europejskiej oszczędności od 50 mld do 100 mld euro rocznie. Czy dla takich oszczędności nie warto jednak docenić istnienia nie tylko krajowych, ale i ponadnarodowych instytucji regulacyjnych i antymonopolowych? Nasi bida-liberałowie muszą się na dodatek borykać z poważnym dysonansem poznawczym, kiedy jeden z ich słusznych idoli, Leszek Balcerowicz, broniąc wolności gospodarczej i prawa własności, jednocześnie broni silnego nadzoru nad instytucjami finansowymi i rynkiem pieniądza. To nie Balcerowicz, ale populiści ukuli znak równania między niewidzialną ręką rynku, a pogodą dla cwaniaków i monopoli.
Rynkowi potrzebne są sprawne regulacje i nadzór. Tylko w Polsce, niestety, trudno wielu politykom dostrzec, że są to instytucje rynku, a nie urzędy do politycznego panowania nad rynkiem. Ba, zdolność do takiej refleksji u bida-polityków jest tak samo rzadka, jak zdolność bida-liberałów do zrozumienia, jak funkcjonuje współczesny i realny, a nie bida-rynek.