Jeśli pod uwagę wziąć cały spadek, jaki zaczął się półtora tygodnia temu, to zniżka ma podobną siłź, jak ta z wiosny 2004 r. Przez osiem kolejnych dni przeceny notowania na emerging markets obniżyły się o ponad jedną dziesiątą, uwzględniając osłabienie lokalnych walut wobec dolara. W dół szły również obligacje z rynków wschodzących, co pokazuje, że mamy do czynienia z generalnym odwrotem od bardziej ryzykownych aktywów. Można zatem przyjąć, że jest to trwalsze zjawisko.
Upuszczanie powietrza
Gwałtowności reakcji inwestorów lokujących na rynkach wschodzących nie sposób zrozumieć w oderwaniu od tego, co obserwowaliśmy w poprzednich tygodniach. Inwestorzy szybko windowali notowania, pozostając głuchymi na wszelkie sygnały ostrzegawcze. Stopa zwrotu z 12-miesięcznej inwestycji na emerging markets półtora tygodnia temu przekroczyła o 50 pkt proc. tę, jaką można było w tym samym czasie uzyskać na giełdach w USA. Tym samym przewyższyła poziom z wiosny 2004 r. Przed ponad dwoma laty notowania spadły w nieco ponad miesiąc o jedną piątą. Gdyby ten scenariusz miał się teraz powtórzyć, oznaczałoby to, że jesteśmy dopiero w połowie wyprzedaży.
Czy to niezbyt pesymistyczne przewidywania? Jeśli założymy, że w ruchu wzrostowym trwającym od pierwszej połowy marca tego roku więcej było spekulacji niż racjonalnych przesłanek, to z takim rozwojem wypadków trzeba się liczyć. Takie założenie znajduje oparcie nie tylko w porównaniu różnic w stopach zwrotu, ale również w fakcie, że inwestorzy skupili się przede wszystkim na akcjach z rynków wschodzących (notowania obligacji nie zdołały pobić szczytu z I kwartału tego roku), a także w skali zwyżki firm z branży surowców energetycznych (Energy), która była nawet wyższa niż w przypadku sektora wytwórców materiałów do produkcji (Materials). O ile mocny popyt na spółki z tej drugiej grupy był uzasadniony szaleńczą zwyżką cen metali, o tyle cena ropy i innych surowców energetycznych w tym czasie aż tak szybko się nie zwiększała.
S&P 500 opuścił kanał