I kwartał tego roku przyniósł spadek zysku netto North Coast o jedną trzecią, prawie do 1,7 mln złotych. Koszty sprzedaży wzrosły o 40 procent czyli o 1,4 mln złotych. Czy to nie jest zaskakujące?
Do tej pory na wyniki spoglądaliśmy w ujęciu rocznym. Teraz jako spółka publiczna wiemy, że istotne jest też ujęcie kwartalne. Poza tym rentowność netto jest dobra i nie odbiega istotnie od założonej na bazie rocznej. Zanotowaliśmy 16-proc. wzrost obrotów, mimo że nie wystartowały jeszcze nowe przedsięwzięcia. Ponadto, wyniki tegoroczne nie są w pełni porównywalne z zeszłorocznymi.
Na czym polegają różnice?
W zeszłym roku czterokrotnie badał nas audytor w związku z przekształceniem ze sp. z o.o. w spółkę akcyjną i przygotowywaniem prospektu. Zrobiliśmy porządek w księgowaniu, które obecnie dokładnie odzwierciedla wyniki danego okresu, tak jak jest to wymagane od spółki publicznej. Chodzi m.in. o kwestię faktur. Są dwa najistotniejsze składniki kosztów marketingowych: rabaty oraz bonusy od obrotu. Bonus jest liczony zwykle kwartalnie. W poprzednim roku faktury, wystawiane w kwietniu były księgowane w II kwartale, mimo że dotyczyły pierwszego. W tym roku to się zmieniło. Poza tym, wyniki zostały nieco obniżone przez koszty finansowe. Importujemy towary w euro i zabezpieczaliśmy się przed zmianami kursowymi, transakcjami forward. Bilans wypadł niekorzystnie (koszty wyniosły niemal 400 tys. zł), ale już w kwietniu wyszliśmy niemal na zero. Jeśli takie poziomy kursu się utrzymają, to wynik finansowy na koniec roku będzie lepszy niż planowany.
Czyli nie ma zagrożenia dla prognozy na ten rok, która przewiduje osiągniźcie 10,8 mln złotych zysku netto i 93 mln złotych przychodów?