Po tym, jak jedna fala podaży wymazała na rynkach wschodzących cały dwumiesięczny wzrost, przyszedł czas na uspokojenie nastrojów. Jednak "rany" zadane bykom nie będą łatwe do wyleczenia. Przecena nadeszła dość niespodziewanie, przybrała zaskakujące zdecydowaną większość inwestorów rozmiary i w związku z tym będą próbowali się oni w najbliższych dniach odnaleźć w nowej sytuacji.
Od strony fundamentów trudno jest znaleźć racjonalne wytłumaczenie tego, co działo się na giełdach w ostatnich dniach. Nie zdarzyło się nic, co rzeczywiście skłaniałoby do tak radykalnych ruchów. Na rynkach wschodzących ostatni raz podobną wyprzedaż widzieliśmy po zamachach z 11 września. Sytuację można było tłumaczyć tylko wcześniejszym zaślepieniem inwestorów i nieracjonalnie optymistyczną oceną przyszłości. A skoro tak, to rodzą się przypuszczenia, że przynajmniej od połowy marca mieliśmy do czynienia z pompowaniem bańki na emerging markets. Teraz pękła. Niepewność jest najgorszą rzeczą, jaka może spotkać rynki finansowe. A ostatnia wyprzedaż taką niepewność stwarza. Czy giełdy w rozwiniętych państwach podniosą się po tak dużym spadku, czy nie zapowiada on pogorszenia koniunktury gospodarczej na świecie, czy inwestorzy nie zaczną wycofywać się z funduszy lokujących w akcje, czy po tym, jak w pierwszych miesiącach tego roku odwróciły się trendy na rynkach obligacji, teraz zmieniają się na giełdach, za kilka tygodni nie przyjdzie czas na trwalszy zwrot notowań surowców?
Analiza techniczna też nie skłania do optymizmu. S&P 500 jest w trakcie ruchu powrotnego po opuszczeniu dołem kanału zwyżkowego, w jakim poruszał się od końca 2005 r. Nikkei ukształtował podwójny szczyt, którego linia szyi biegnie po dołkach z przełomu 2005 i 2006 r. Natomiast 21-sesyjny spadek DJ Stoxx 50 jest największy od początku trzyletniej hossy. To wszystko są sygnały, że na najważniejszych rynkach świata dochodzi do odwrócenia panujących od 2003 r. tendencji.