Jesteśmy częścią globalnej wioski. Wiem, brzmi to jak bardzo zużyty frazes, ale taka właśnie prawda przebija z każdego, publikowanego obecnie, skrawka informacji. Intensywny wzrost polskiego eksportu, całkiem przyzwoity napływ inwestycji bezpośrednich czy też setki tysięcy (jeśli nie miliony) Polaków pracujących za granicą, to tylko niektóre oznaki, że - jako kraj - całkiem dobrze radzimy sobie w gospodarczej dżungli rozpościerającej się poza polskimi granicami.
Zostawmy jednak gospodarkę, bo dziś nawet dzieci wiedzą, że ta ma się dobrze. Spójrzmy za to na krajowe rynki finansowe, które w tym roku szczególnie gorliwie składają hołd globalizacji. Wystarczy rzucić okiem na kurs złotego za, powiedzmy, ostatnie 4-5 miesięcy, by móc stwierdzić, że trendy regionalne i globalne mają niekiedy większy wpływ na poziom polskiej waluty niż wydarzenia krajowe. Rynki ostatnio ignorują nawet te wydarzenia, które z naszej lokalnej perspektywy wydają się ważkie, a nawet przełomowe. Spójrzmy choćby na proces formowania nowej koalicji, który - pomimo wcześniejszych, negatywnych oczekiwań - specjalnej reakcji inwestorów nie wywołał. Największe zmiany na rynku złotego miały miejsce wtedy, gdy polska waluta podążała za trendami regionalnymi. Innymi słowy, złoty najbardziej tracił wtedy, gdy osłabiały się wszystkie rynki wschodzące.
Ktoś może w tym momencie zadać pytanie: zaraz, zaraz, jakie rynki wschodzące? Przecież weszliśmy do Unii i dzięki temu zwiększyła się nasza wiarygodność? Czy nie jesteśmy już wyłączeni z tej grupy?
Na to ostatnie pytanie odpowiem jak typowy ekonomista: I tak, i nie. Bardzo ładnie (choć nieco cynicznie) scharakteryzował to jeden z moich kolegów-dilerów, który stwierdził, że gdy globalne rynki finansowe są stabilne, to Polska jest postrzegana jako kraj rozwinięty. Lecz wystarczy odrobinę zamieszania, abyśmy niemal natychmiast przeskoczyli do gorszej grupy. Ostatnie miesiące pokazały, jak bardzo miał rację.
Wnioski? Bardzo proszę. Wyrwać się z "getta" rynków wschodzących wcale nie jest łatwo. Na pewno nie wystarczy do tego fakt, że dwa lata temu przypięliśmy plakietkę z napisem "Unia Europejska". Na pewno natomiast pomogłoby nam przyjęcie euro. To zaś, jak można zauważyć gołym okiem, prędko nie nastąpi. W tzw. międzyczasie wciąż pozostajemy "wschodzącymi" mieszkańcami globalnej wioski zależnymi od kaprysów i poczynań naszych sąsiadów.