Rząd premiera Marcinkiewicza ma skłonności do interwencjonizmu państwowego. Przykładów na obronę tej tezy można wskazać wiele, ale ja wybrałem dwa, które dodatkowo świadczą o tym, że nawet w przypadku ingerowania w gospodarkę rząd nie ma spójnej wizji celów, które chce w ten sposób osiągnąć.
Na początek jeden ze sztandarowych ideologicznych pomysłów opcji rządzącej - zakaz handlu w niedzielę. Zostawmy już negatywne konsekwencje takiego zakazu dla gospodarki - napisano i powiedziano na ten temat wiele. Spróbujmy jednak odpowiedzieć na pytanie, komu ma teoretycznie służyć ten zakaz. Jak podkreślają jego zwolennicy, przede wszystkim polskim drobnym handlowcom, którzy są "wyniszczani" przez wielkie sieci. W rządzie są nawet osoby, które publicznie postulują objęcie zakazem tylko dużych sklepów, mimo że byłoby to sprzeczne z konstytucją.
Drugi przykład - administracyjne obniżenie cen podręczników szkolnych. Rządowa koncepcja zakłada w tym przypadku między innymi wyłączenie z łańcucha dystrybucji księgarń, poprzez stworzenie mechanizmów skłaniających szkoły do bezpośrednich zakupów podręczników u wydawców. Cóż za zaskoczenie! W tym wypadku interes drobnych handlowców się nie liczy! Nie ma znaczenia, że dla większości księgarń początek roku szkolnego jest okresem, w którym mogą odrobić straty poniesione w ciągu całego roku. Gdzie się podziali rządowi obrońcy drobnego handlu?
W przypadku ingerencji w rynek podręczników szkolnych rząd ma inny argument - pomoc ubogim rodzinom, których nie stać na zakup drogich książek. Cel szczytny, ale czy nie lepiej byłoby skierować pomoc państwa bezpośrednio do osób jej potrzebujących niż psuć rynek książki? Wróćmy jednak na chwilę do zakazu handlu w niedzielę. Gdyby zakaz rzeczywiście wszedł w życie, jednym z jego negatywnych skutków byłoby ograniczenie dostępu części społeczeństwa do zakupów w hipermarketach. Dotyczyłoby to także rodzin o najniższych dochodach. Czyżby więc w tym przypadku interes tej grupy społecznej nie był tak ważny jak w przypadku zakupów podręczników? A co z osobami, które w wyniku wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę stracą pracę? Często są to osoby o niskich kwalifikacjach - mogą więc na długie lata zasilić szeregi bezrobotnych. Złośliwie można by powiedzieć, że część ze zwolnionych pracowników handlu będzie mogła przynajmniej kupić swoim dzieciom tańsze podręczniki.
To swoiste rządowe rozdwojenie jaźni, świadczące o braku ogólnej, kierunkowej wizji interwencjonizmu państwowego, nie służy nikomu. Powyższe przykłady doskonale ilustrują ryzyko, jakie ponosimy, godząc się na ręczne sterowanie pewnymi obszarami gospodarki. Ryzyko dla poszczególnych uczestników rynku polega na tym, że nawet jeśli zyskają na jednej administracyjnej decyzji rządu, to jest niemal pewne, że na drugiej stracą.