Nasze piłkarskie orły i sokoły (jelenia wyłączmy, bo przynajmniej celnie kopnął) zapisały kolejną kartę w historii światowego futbolu, pozwalając na zdobycie spektakularnego gola z wykopu bramkarza Kolumbii. Kubeł zimnej wody wylany na głowy piłkarzy i kibiców jest tym bardziej lodowaty, że Polacy zostali "rozklepani jak juniorki" (jak mówił śp. Kazimierz Górski) przez reprezentantów kraju, który, owszem, pewnie i jest nawet światowym potentatem, tyle że niekoniecznie w dziedzinie uprawiania futbolu...
Podobnie jak polscy kibice czują się pewnie teraz niektórzy inwestorzy - ci, którzy czasem nawet z kilkuletnim spóźnieniem zauważyli uroki rynków akcji i zapakowali się w papiery akurat na dotychczasowym tegorocznym szczycie. Tymczasem inni, którzy zdążyli już wcześniej sporo zarobić, zorientowali się wreszcie, że drożeje i będzie drożeć nadal paliwo niezbędne do spekulacji na rynkach (czyli pieniądz) i gremialnie rzucili się do realizacji zysków i chronienia kapitału. Światowe rynki dostały w papę, przy czym najmocniej zostali rozklepani ci globalni inwestorzy, którzy wcześniej - niczym po porcji, nomen omen, koki - kupowali bez opamiętania i za wszelką cenę prujące w górę akcje spółek, zwłaszcza tych z emerging markets. I, zgodnie ze starą świecką tradycją giełdową, tak jak wcześniej przesadzano z optymizmem, tak ostatnio część inwestorów wpadła z kolei w histerię. W efekcie kupowała chciwie na lokalnym szczycie, a sprzedawała panicznie w czasie korekty.
Tak sobie myślę, że w obu przypadkach właściwie? dobrze się stało. Kolumbijczycy uświadomili naszym wirtuozom futbolu ich miejsce w szeregu, a rynki przypomniały, że żaden trend nie trwa wiecznie, a giełda to nie finansowe perpetuum mobile.
Paradoksalnie więc, może się okazać, że to bolesne sklepanie rynków w dłuższej perspektywie wyjdzie im na zdrowie. Bo większym zagrożeniem byłoby nadymanie spekulacyjnej bańki. Nieuchronne jej pęknięcie byłoby tym bardziej kosztowne, im wyżej poleciałyby nadymane huraoptymizmem inwestorów indeksy. Korekta upuściła nieco krwi rynkom. Ale dzięki temu zmniejszyła ciśnienie, które prędzej czy później musiałoby odbić się na zdrowiu globalnych portfeli.
Z punktu widzenia interesów długoterminowych inwestorów najważniejsze jest to, że w realnej gospodarce żadna straszna rzecz się nie wydarzyła. Bo przecież o starych globalnych problemach - napięciu na Bliskim Wschodzie, wysokich cenach ropy, amerykańskich deficytach, zagrożeniach dla dolara, sztucznie słabym juanie, niepokojąco mocnym euro i tym podobnych globalnych atrakcjach, wiemy już od dawna. A z drugiej strony, aktualne pozostaje także choćby oczekiwanie na kontynuację ożywienia gospodarczego w strefie euro, Japonii i w Polsce.