Przyjęcie euro przez Czechy w 2010 r. jest coraz bardziej zagrożone, i to bez względu na to, która partia wygra odbywające się tam wczoraj i dzisiaj wybory parlamentarne. Zarząd banku centralnego w minionym tygodniu wyraźnie ostrzegł, że Czechy nie zdołają w planowanym terminie wypełnić kryteriów dopuszczających do strefy euro, jeśli rząd nie podejmie energicznych kroków w celu ograniczenia wydatków. Paradoks polega na tym, że do niedawna, na cztery lata przed planowanym przyjęciem wspólnej waluty, Czechy spełniały wszystkie warunki zawarte w traktacie z Maastricht. Na krótko przed wyborami parlament uchwalił jednak nowe zasiłki socjalne, a prawie wszystkie partie obiecywały w czasie kampanii zwiększenie wydatków budżetowych na te cele.
Stopy pójdą w górę
W tej sytuacji bank centralny uznał za konieczne wystosowanie ostrzeżenia, że bez zasadniczej zmiany w obecnej tendencji Czechy nie sprostają kryteriom pozwalającym przyjąć wspólną walutę.
Jednym z nich jest utrzymywanie deficytu budżetowego poniżej poziomu 3 proc. produktu krajowego brutto. W ub.r. w Czechach wskaźnik ten wynosił 2,6 proc., ale już w tym, w wyniku przedwyborczych decyzji, wzrośnie do 3,8 proc. Bank centralny od 7 miesięcy utrzymuje stopę procentową w Czechach na poziomie 2 proc., najniższym w Unii Europejskiej. Przede wszystkim dlatego, że głównym czynnikiem wzrostu gospodarczego jest eksport, a nie wydatki gospodarstw domowych, a na poziom inflacji największy wpływ mają ceny regulowane. Nie wyklucza się jednak, że jeszcze w tym roku stopy w Czechach pójdą w górę, bo zaostrzana jest polityka pieniężna na wszystkich najważniejszych rynkach, a na wewnętrznym obserwowane już jest ożywienie popytu.
Dzieje się tak między innymi dlatego, że dzięki przedwyborczej hojności polityków, czescy konsumenci mają coraz więcej pieniędzy. Na wiosnę obniżono podatki dochodowe dla najmniej i średnio zarabiających, aby zmniejszyć atrakcyjność hasła największej partii opozycyjnej ODS, obiecującej wprowadzenie podatku liniowego w wysokości 15 proc.