Wybory do czeskiego parlamentu nie przyniosły rozstrzygnięcia. Lewica i prawica zdobyły po sto mandatów w liczącej 200 miejsc izbie. Dla gospodarki wyborczy pat to zły zwiastun. Wprawdzie nie spowoduje to bezpośredniego zagrożenia dla gospodarczej koniunktury, ale też jej nie pobudzi.
Najwięcej głosów - 35,4 proc. - w piątkowym i sobotnim głosowaniu zdobyła centroprawicowa Obywatelska Partia Demokratyczna (ODS), i to jej przywódcę Mirka Topolanka prezydent Czech Vaclav Klaus upoważnił, aby rozpoczął rozmowy mające na celu powołanie nowego rządu. W patowej sytuacji nie będzie to jednak łatwe i przez kilka tygodni kraj może pozostawać w niepewności.
Dla inwestorów niewiele jest rzeczy gorszych od niepewności. Dali temu wyraz już w poniedziałkowe przedpołudnie, kiedy kurs czeskiej korony spadł do poziomu najniższego od dwóch tygodni. Główny indeks czeskiej giełdy zniżkował na otwarciu aż o 3,8 proc., ale w ciągu dnia kursy największych czeskich spółek odrabiały straty. Z fundamentalnego punktu widzenia nic się przecież nie zmieniło w czeskiej gospodarce w ciągu minionego weekendu. Biorąc pod uwagę skalę bezpośrednich inwestycji zagranicznych i korzystny bilans płatniczy w krótkim okresie nie ma większego znaczenia, kto utworzy rząd.
W dłuższej perspektywie może to jednak mieć znaczenie, bo nawet jeśli ODS przejmie władzę, to będzie musiała się nią podzielić z ewentualnymi koalicjantami - Unią Chrześcijańsko-Demokratyczną i Partią Zielonych. W parlamencie zaś taki rząd będzie miał taką samą liczbę zwolenników, co przeciwników.
W sumie niewielka jest szansa podjęcia podstawowych reform systemu podatkowego, emerytalnego i socjalnego czy opieki zdrowotnej. Przy tak silnej opozycji jest też bardzo prawdopodobne, że będą musiały wejść w życie ustawy, które tuż przed wyborami wprowadziła rządząca wtedy partia socjaldemokratyczna wraz z komunistami. Oznaczają one zwiększenie wydatków budżetowych na podniesienie zasiłków socjalnych i pomocy dla rodzin z dziećmi. To utrudni Czechom sprowadzenie deficytu budżetowego do poziomu wymaganego przez traktat z Maastricht i tym samym oddali perspektywę przyjęcia euro.