Odbicie Nasdaqa od linii trendu, łączącej dołki z sierpnia 2004 r. i kwietnia 2005 r., okazało się nad wyraz słabe. Indeks zachował się dokładnie tak, jak można było oczekiwać po przełamaniu w połowie maja silnej bariery popytowej, jaką stanowił szczyt z początku sierpnia 2004 r. Nasdaq wykonał ruch powrotny do przebitego wsparcia, w poniedziałek wrócił do linii trendu, by wczoraj udanie ją zaatakować. Taki obrót spraw to zły znak dla całego amerykańskiego rynku. S&P 500 utrzymuje się co prawda jeszcze wyraźnie ponad kluczowym poziomem 1245 pkt, wynikającym z usytuowania górki z sierpnia 2005 r. W połowie wczorajszej sesji brakowało do niego 13 pkt. Jednak ostatnie reakcje inwestorów nie dają nadziei na jego utrzymanie.
Na granicy bardzo istotnego wsparcia skończyły się notowania w Europie. DJ Stoxx 50 wrócił do poprzedniego minimum, które wypadło na wysokości linii trendu, analogicznej jak w przypadku Nasdaqa. To sugeruje, że przełamanie wsparcia jest tylko kwestią czasu. Również japoński Nikkei nie był w stanie mocniej odbić się od średnioterminowego wsparcia, jakim jest dołek z połowy stycznia tego roku. Każdy kolejny spadek będzie tożsamy z jego pokonaniem i w konsekwencji utworzeniem formacji podwójnego szczytu, zapowiadającej pogorszenie koniunktury na dłużej.
Dwutygodniową konsolidację zakończyły wczoraj rynki wschodzące. Ich indeks spadł do najniższego poziomu od pięciu miesięcy. Szybko topniejące tegoroczne zyski z inwestycji na tych parkietach będą zapewne zachęcać kolejnych gracz do redukowania pozycji. Równocześnie zachowanie emerging markets z ostatnich tygodni potwierdza, że w poprzednich miesiącach mieliśmy do czynienia z nadmuchaniem spekulacyjnej bańki, z której teraz uchodzi powietrze. Jeśli powstawianie bańki zaczęło się na jesieni 2005 r. to potencjał zniżki można szacować na kolejne 20 proc. Wtedy notowania wróciłyby do dołka z października minionego roku.