7 czerwca w "Parkiecie" ukazał się felieton pana Marka Siudaja, w którym autor przekonuje, że stanowisko ministra finansów powinien zająć polityk, a nie, tak jak dotychczas, ekonomista. Zarówno powyższa teza, jak i argumentacja autora skłoniły mnie do tego, aby zabrać głos w tej sprawie. Pan Siudaj w jednej kwestii ma bezsprzecznie rację - finanse publiczne w Polsce wymagają głębokiej reformy i jak do tej pory żaden z ministrów finansów takiej reformy nie dokonał. W pozostałych kwestiach nie mogę się już jednak zgodzić z autorem.
Po pierwsze, nie jestem w stanie wyobrazić sobie polityka, który miałby dość odwagi, aby firmować swoim nazwiskiem reformę finansów publicznych. Na czym bowiem ta reforma powinna polegać? Mówiąc w skrócie: na cięciu wydatków socjalnych i odbieraniu przywilejów. Dla polityka, który myśli zazwyczaj w horyzoncie czteroletnim, podejmowanie takich decyzji oznacza przecież pewną polityczną śmierć. Polityk na stanowisku ministra finansów nie tylko nie zreformowałby zatem finansów publicznych, ale mógłby jeszcze bardziej utrwalać negatywne tendencje w budżecie. Tym bardziej że politycy często poddawani są naciskom różnych organizacji, grup społecznych czy zawodowych.
Po drugie, trudno mi się zgodzić z argumentem, że mentalność księgowego jest wadą ministra finansów. Każdy, kto choć raz widział ustawę budżetową z załącznikami, zgodzi się, że bez takiej mentalności nie jest możliwe zapanowanie nad obszernością i złożonością budżetowej materii. Owszem, gdyby minister finansów był jedynie dobrym księgowym, a brak byłoby mu szerszej wizji prowadzenia finansów publicznych, też byłoby ęle. Jednak trudno o takie ograniczenie posądzić któregokolwiek z dotychczasowych ministrów. Każdy z nich miał swoje wady i zalety, ale przecież Balcerowicz, Kołodko, Belka czy Gronicki, nie byli księgowymi ani z wykształcenia, ani z mentalności!
Po trzecie, nie mogę zgodzić się z oceną, że przywiązywanie dużej wagi do "bilansowania się" budżetu to wada ministrów-księgowych. Rozumiem, że autor miał na myśli dbałość ministrów finansów o nieprzekroczenie deficytu zapisanego w ustawie, bo przecież od wielu lat budżet państwa polskiego nie jest zbilansowany. Nie można jednak zapominać, że minister finansów ponosi osobiście odpowiedzialność konstytucyjną za realizację budżetu i gdyby zapomniał na chwilę o mentalności księgowego w tej kwestii, to mógłby skończyć przed Trybunałem Stanu.
Redaktor Siudaj stawia też tezę, że "poważny polityk ośmieszyłby się, obiecując wyborcom niższe podatki i potem odsuwając wykonanie tych obietnic...". Nie wiem jak autor, ale ja z obietnicami bez pokrycia ze strony polityków spotykam się bardzo często. Rzeczywiście, politycy ośmieszają się (przynajmniej w oczach części społeczeństwa), ale jak widać za bardzo się tym nie przejmują. Nie sądzę, aby polityk-minister finansów zmienił szczególnie swoje podejście do tej kwestii po objęciu urzędu. I na koniec pozwolę sobie przywołać przykład z niezbyt odległej historii. W Polsce nie tylko finanse publiczne są wiecznie nierozwiązanym problemem. Do tej kategorii zaliczyć też można z cała pewnością budowę autostrad. Ciągłe zmiany koncepcji, permanentny brak środków, optymistyczne wizje kolejnych rządów. A autostrad jak nie było, tak nie ma.