W sobotę, 24 czerwca, przypada tegoroczny dzień wolności podatkowej. Od tego dnia przestajemy płacić "na państwo" i zaczynamy zarabiać "na siebie". Datę "święta" wyznacza u nas Centrum im. Adama Smitha. Dzieli rok na dwie części, proporcjonalnie do udziału wydatków sektora publicznego w PKB (47,79 proc., według projektu budżetu, po uwzględnieniu wszystkich funduszy).

Tegoroczna data wypada dwa dni później niż termin dnia wolności podatkowej z 2005 r. Według ekspertów CAS, to zły znak. - Obciążenia fiskalne pozostały prawie na tym samym poziomie co rok wcześniej, nie byliśmy świadkiem żadnych zmian. Co gorsza, struktura dochodów podatkowych zmienia się w kierunku większego opodatkowania pracy - mówi Mariusz Pawlak, ekspert Centrum. CAS wskazuje, że daniny na pracę, w połączeniu ze świadczeniami społecznymi, stanowią około 172,5 mld zł planowanych dochodów tegorocznego budżetu. - Opodatkowanie głównego atutu w walce o konkurencyjność naszej gospodarki, jakim jest praca, to zły pomysł - ocenia Ireneusz Jabłoński z Centrum.

Na całym świecie dzień wolności podatkowej jest miarą stopnia fiskalizmu - im później wypada, tym gorzej dla obywateli. Na pomysł obliczania tej daty wpadł jeszcze w 1948 r. amerykański biznesmen, Dallas Hollester. W wielu państwach dzień wolności podatkowej wypada wcześniej niż w Polsce. Amerykanie świętowali dzień wolności podatkowej już 26 kwietnia, Słowacy - 1 czerwca, Brytyjczycy - 3 czerwca, Czesi - 14 czerwca. Daty te nie są jednak w pełni porównywalne. CAS zdecydowało, że pod uwagę bierze wydatki państwa (deficyt powoduje, że termin wypada poźniej). Większość instytucji, które liczą podobną datę dla innych krajów, posługuje się jednak miarą dochodów.