Ostry spadek cen akcji na giełdzie w maju i czerwcu przestraszył część inwestorów. Najwięksi pesymiści zaczęli wieszczyć koniec trzyletniej już hossy. Hossy, dodajmy, która w pierwszych miesiącach tego roku - mimo sędziwego jak na nasze warunki wieku - nabrała tempa, od którego można było dostać zawrotu głowy. W efekcie, jak się wydaje, kursy akcji wielu firm wyprzedziły gospodarczą rzeczywistość w stopniu o wiele większym niż mają to w zwyczaju. I potrzebny był ruch korygujący. Wcale nie jest powiedziane, że już się zakończył. Wyceny niektórych przedsiębiorstw przypominają przecież puszczone na wiatr baloniki - proszę się przyjrzeć wskaźnikom rynkowym. Ale, po pierwsze, nie dotyczy to wszystkich firm. Po drugie zaś, dla inwestorów, którzy nie oczekują od indeksów codziennego bicia rekordów i patrzą na rynek w nieco dłuższej perspektywie, ważniejsze jest chyba to, że gospodarka stara się jednak "dorosnąć" do ich wyobrażeń. Rozwija się w niezłym - zwiększającym się, teraz już ponad pięcioprocentowym - tempie. Pracują na to i eksport (od dawna), i konsumpcja (od bardzo niedawna), i inwestycje. Przy czym w ostatnim przypadku wciąż jest wiele do zrobienia. Spółki mają przecież za co inwestować (a przy okazji i czym się dzielić z akcjonariuszami - proszę spojrzeć na rekordowe dywidendy), bo choć ich wyniki nie rosną już tak szybko, jak w zeszłym roku, ani tym bardziej tak szybko jak kursy akcji, to jednak zwiększają się. Podobnie jak i gospodarka. To bardzo dobry sygnał. W I kwartale poprawa dotyczyła większości spółek. No właśnie, większości, a nie wszystkich, jak by mogły sugerować wcześniejsze notowania akcji. Tym bardziej polecam analizę danych, które prezentujemy w "Przewodniku Inwestora". Może się okazać, że na rynku, z którego wyparowała euforia, bez takiej analizy nie da się już z powodzeniem inwestować - mimo że pozostało na nim wiele okazji do zarobku.