Odwrót inwestorów od rynków wschodzących w szczególnym stopniu dotknął giełdę w Stambule. Indeks ISE 100 od tegorocznego szczytu stracił już 1/3 wartości. Jest oczywiste, że notowania części akcji obniżyły się więcej niż indeks, część ucierpiała w mniejszym stopniu. W gronie odpornych znalazły się kluby sportowe.
Na tureckiej giełdzie notowane są cztery: Galasataray, Fenerbahce, Besiktas i Trabzonspor. Taka też była kolejność na zakończenie ostatniego sezonu tureckiej ekstraklasy piłkarskiej. Choć w Turcji bardzo popularna jest także koszykówka, to właśnie drużyny futbolowe stanowią o wartości klubów.
Dokładniej rzecz ujmując, na giełdzie nie są notowane, używając istniejącego w Polsce nazewnictwa, sportowe spółki akcyjne, ale firmy, które mają prawo to zarządzania markami klubów. Czerpią przychody ze sprzedaży reklam na koszulkach i stadionach, praw do transmisji meczów, handlu strojami i gadżetami. Trabzonspor Sportif Yatirim ve T. A. S. zarządza także siecią klubowych sklepów i sportowymi kompleksami w Trabzonie, Ankarze i Stambule. Akcje Galasataray i Besiktasu są uwzględniane w wyliczanym przez agencję Bloomberg europejskim indeksie klubów sportowych. Galasataray ma w nim niemal 7-proc., a Besiktas prawie 4-proc. udział (6. i 7. miejsce w rankingu).
W trakcie tegorocznego załamania, zgodnie z rynkiem, spadały akcje Besiktasu (które - na marginesie - gwałtowne załamanie przeżyły latem zeszłego roku), 25 proc. straciły papiery Galasataray. O 9 proc. przeceniony został Fenerbahce, o 13 proc. spadły od szczytu akcje Trabzonsporu. W pierwszej chwili wydaje się, że ta odporność na spadki może mieć związek z mundialem. Piłkarze mają szansę wypromować się i dostać do którejś z czołowych lig. A sprzedaż zawodnika może przynieść klubowi pokaźny zysk. Sęk w tym, że Turcy, choć w poprzednich mistrzostwach zajęli trzecie miejsce, w tym roku na mundialu nie grają.
Reprezentacja tureckich klubów jest - a właściwie była - w Niemczech zatem dość skromna. Wart zauważenia okazał się jedynie występ Stephena Appiah z Ghany, jednego z architektów niespodziewanego zwycięstwa nad Czechami, na co dzień przywdziewającego koszulkę Fenerbahce. Z drużyny mistrza Turcji, Galasataray, do Niemiec pojechali Czech Marek Heinz i Serb Sasa Ilić, ale ich łączne sukcesy ograniczają się do strzelenia jednej bramki. Trudno też przypuszczać, żeby za siłę akcji Trabzonu odpowiadali Mirosław Szymkowiak i Koreańczyk Lee Eul Yong. Jak grał Polak, wszyscy widzieliśmy (wymowne "kur..." wypowiedziane pod koniec meczu z Kostaryką jest tutaj najlepszym podsumowaniem). Koreańczyk też niczym nie błysnął.