Blokowanie dróg jeszcze do niedawna kojarzyło się nam przede wszystkim z partią Andrzeja Leppera. Rolnicy dość często dreptali w poprzek drogi, walcząc w ten właśnie sposób o swoje prawa lub przywileje. Przynosiło to raz mniejsze, raz większe efekty, było kilka starć z policjantami, ale generalnie blokowanie nie było złe. Wzorzec się sprawdził, więc przejmują lub planują przejąć go inni. Ostatnio z zamiarem blokowania dróg występują właściciele firm transportowych zrzeszeni m.in. w Ogólnopolskim Związku Pracodawców Transportu. Firmy przewozowe tracą co dzień spore pieniądze, bo nie mogą jeździć. Nie mogą, bo Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad wprowadziła np. kilkanaście dni temu zakaz poruszania się po drogach samochodów i zestawów samochodowych o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 12 ton. Zakaz obowiązywał (został chwilowo zawieszony) od godziny 11 do 22. Jak tłumaczą przedstawiciele GDDKiA, ograniczenia w ruch trzeba było wprowadzić, bo było gorąco. A tak w ogóle to nie jest pomysł GDDKiA, ale Ministerstwa Infrastruktury, które w 2003 roku wydało rozporządzenie w sprawie ograniczeń w ruchu, jeśli zrobi się za gorąco i asfalt będzie chciał samodzielnie opuścić drogi. Ano tak to już jest, że jak jest upał, to drogi, a właściwie ich nawierzchnie są zbyt plastyczne i tworzą się na nich koleiny, dziury... Rozumując w ten sposób należałoby w ogóle ograniczyć ruch na drogach, bo w ten sposób byłyby one w doskonałym stanie. Ale tak to się chyba nie da.
Ministerstwo Transportu i Budownictwa (MTiB), w odzewie na apele branży transportowej jest skłonne nawet znieść upalny zakaz i puścić ruch ciężarówek nawet w gorące dni. Ale GDDKiA twierdzi, że to nie jest dobry pomysł. Przedstawiciele ministerstwa odbierają nawet telefony od zdesperowanych kierowców, którzy straszą, że przyjadą do Warszawy i co ważniejszych dyrektorów departamentów drogowych zamkną na cały dzień w ciężarówce. Niech urzędnik zobaczy, jak to jest siedzieć całe dnie na leśnych parkingach. Nieparlamentarnego słownictwa używają także właściciele firm transportowych, którym upał topi portfele. Takie całodzienne postoje sporo kosztują. Straty wielu przedsiębiorstw z potźżną flotą samochodową liczone są w milionach złotych. Niestety, straty finansowe to nie wszystko. Kierowcy po całych dniach bezczynnej walki z upałem wyjeżdżają na drogi nocami i dochodzi do tragicznych wypadków, ponieważ zdarzają się zasłabnięcia czy zaśnięcia za kierownicą.
Najgorsze w całej tej sprawie jest to, że trudno znaleźć tu winnego. Pretensje do słońca czy może do Celsjusza raczej nic nie pomogą. MTiB chce dobrze, ale nie wie, czy może. GDDKiA wie, że jest źle, ale też inaczej nie może, bo kto zapłaci za remonty dróg. A kierowcy chcą po prostu jeździć. Śmieją się przez łzy, twierdząc, że całe szczęście, iż nie jesteśmy Hiszpanią czy Grecją, bo tam zakaz z powodu upałów musiałby obowiązywać przez jakieś pół roku.
Szkoda, że jak już się czymś wyróżniamy we wspólnej Europie, to jest to absurdalny zakaz. Rok temu jeździłem po hiszpańskich drogach i asfalt był twardy, spływać nigdzie nie chciał. Mijałem sunące TIR-y i dziś zastanawiam się, dlaczego oni mogą, a nasi nie. Odpowiedź jest dość prosta, tam drogi buduje się używając odpowiednich mieszanek bitumicznych, które wytrzymają nawet najgorętsze lato. U nas, niestety, buduje się zazwyczaj tak, żeby było tanio...
Wymieniać drogowe absurdy z naszego podwórka można jeszcze przez kilkanaście stron. Niestety, cierpliwość użytkowników dróg zdaje się powoli kończyć i może się okazać, że skończą się oficjalne otwarcia nowych lub odremontowanych odcinków dróg, bo oficjele przecinający wstęgi będą się bali o to, że kierowcy ich zlinczują i zamiast wielkiej pompy będzie wielkie lanie. Przeciwny przemocy byłem zawsze, ale jeśli to miałoby poprawić stan naszych dróg, to jestem ZA!!!