Chciałoby się rzec: rynek jaki jest, każdy widzi, zwłaszcza gdy spojrzy na obroty. Trudno się jednak temu dziwić, w końcu sezon wakacyjny trwa w najlepsze, a przygrzewające słońce zachęca bardziej do wypoczynku nad wodą niż do pilnego śledzenia cen na monitorze. Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, iż przy takiej aktywności rynku prawie każda prognoza będzie miała wartość papieru, na którym ją spisano. Albo niewiele większą. Wczoraj obroty znów były niskie, a gdyby jeszcze odjąć od nich wartość transakcji na KGHM, którego akcjami akurat handlowano jak za lepszych czasów (przez długi stanowiły one dwie trzecie obrotów na rynku), to byłby prawdziwy dramat.

W takiej atmosferze prowokowanie dziwnych ruchów na kontraktach i na poszczególnych spółkach nie stanowiło większego problemu (jak choćby około godziny 11 spadek serii wrześniowej o 50 punktów bez specjalnego uzasadnienia). Tak więc o ile transakcji było wczoraj jak na lekarstwo, o tyle zmiany indeksów i kontraktów mogły momentam

i robić wrażenie. Jeśli dodamy do tego całą masę raportów makroekonomicznych i wystąpienie Bena Bernanke w Senacie USA, to stwierdzenia, że z rynku wiało tylko nudą, nie da się raczej obronić. Było oczywiście jeszcze exposé premiera Jarosława Kaczyńskiego, ale to wydarzenie inwestorzy akurat zignorowali. Cała uwaga skierowana była na godzinę 14.30, kiedy to opublikowano dane o inflacji (CPI) w USA. Okazała siź ona zgodna z prognozami, natomiast inflacja bazowa nieznacznie przekroczyła oczekiwania. Reakcja naszej giełdy była natychmiastowa i wpisywała się w logikę ostatnich fobii rynkowych, czyli jak te dane odczyta FED i czy można liczyć na zakończenie procesu podwyżek stóp procentowych. Spadek był mocny, ale odreagowanie - równie szybkie i wyraźne. W sumie - trend boczny o dużej amplitudzie wahań i bez wskazówek na przyszłość. Wydaje się, że powoli nadchodzi czas, gdy inwestorzy zaczną bardziej niż dotychczas przejmować się stanem gospodarki. To tam kryje się klucz do dobrej koniunktury giełdowej i sukcesu.