Chociaż rynek kredytów dla klientów indywidualnych rozwija się bardzo szybko, to nie mamy do czynienia z boomem. Taką ocenę przedstawili wczoraj przedstawiciele NBP przy okazji prezentacji raportu na temat stabilności systemu finansowego w 2005 r.

Zdaniem Jacka Osińskiego z NBP, z "boomem" mielibyśmy do czynienia wówczas, gdyby przyrost kredytów powodował wzrost inflacji albo zwiększanie się deficytu na rachunku bieżącym, odchylanie się cen akcji i nieruchomości od wartości fundamentalnej, albo wówczas, gdyby były symptomy pogarszania się jakości zarządzania ryzykiem kredytowym w bankach. Według przedstawiciela banku centralnego, z taką sytuacją nie mamy obecnie do czynienia (chociaż - jak przyznał J. Osiński - są trudności z właściwą oceną tego, co dzieje się z cenami nieruchomości). Wartość kredytów dla gospodarstw domowych zwiększyła się w całym ub.r. o 22,9 mld zł, a w pierwszej połowie br. - o kolejne 20,6 mld zł. Eksperci NBP wskazali, że dla części klientów duży przyrost zadłużenia może okazać się niebezpieczny - szczególnie jeśli wzięli kredyty denominowane w walutach obcych. Z szacunków banku centralnego wynika, że jedna czwarta gospodarstw domowych o najniższych dochodach, przypadających na osobę, miałaby stosunkowo niewielkie możliwości przeznaczenia większych pieniędzy na obsługę kredytu w przypadku zwiększenia się miesięcznej raty.

Najmniej zamożni klienci banków na obsługę zadłużenia przeznaczają ok. 20 proc. swoich dochodów, 70 proc. stanowią wydatki sztywne, a ich "bufor bezpieczeństwa" wynosi ok. 10 proc. dochodów. Oznacza to, że gdyby obsługa kredytu zwiększyła się o więcej niż połowę, jedna czwarta gospodarstw domowych musiałaby ograniczyć bieżące wydatki. Gdyby tego nie zrobiła, w bankach zwiększyłby się odsetek złych kredytów. Przy niewielkim oprocentowaniu (jak przy kredytach denominowanych we frankach szwajcarskich) miesięczna rata może znacząco wzrosnąć nawet przy małych zmianach stóp.