Gdy kilka miesięcy temu powstawała koalicja rządowa Prawa i Sprawiedliwości, Samoobrony oraz Ligi Polskich Rodzin, część obserwatorów przewidywała, że spory pomiędzy poszczególnymi partiami będą prowadzić do większej niepewności politycznej, a przez to również do wzrostu zmienności na rynkach finansowych. Pierwszym testem stabilności porozumienia koalicyjnego miały stać się prace nad przyszłorocznym budżetem, przypadające na okres poprzedzający wybory samorządowe.
Biorąc pod uwagę populistyczny pierwiastek, który można odnaleźć w programach gospodarczych PiS, Samoobrony oraz LPR, łatwo sobie wyobrazić próby zwiększania wydatków socjalnych w okresie przedwyborczym. Gdyby rząd trzymał się obietnic o zakotwiczeniu deficytu na poziomie 30 mld zł, musiałoby to doprowadzić do ustalenia dochodów budżetowych na zawyżonym poziomie, a w ten sposób również do uchwalenia nierealistycznego budżetu.
Tego typu scenariusz przez dłuższy czas wydawał się całkiem prawdopodobny. Jednak zaproponowane ostatnio zmiany w ordynacji samorządowej mogą spowodować, że wbrew wcześniejszym obawom okres przedwyborczy wcale nie musi okazać się aż tak groźny dla budżetu. Dzięki tworzeniu bloków przez poszczególne ugrupowania mniejsze partie koalicyjne nie będą zmuszone do agresywnej walki z Prawem i Sprawiedliwością o ten sam elektorat.
Tym samym zniknie jeden z argumentów skłaniających parlamentarzystów do forsowania drogich ustaw, które mogłyby podobać się szerokiej rzeszy wyborców. Jeżeli te oczekiwania okażą się słuszne, sytuacja na rynkach finansowych nie będzie aż tak silnie kształtowana przez czynniki polityczne, jak można było jeszcze niedawno sądzić.
Populistyczne nastroje w szeregach mniejszych partii koalicyjnych będą zapewne tłumione również przez silną pozycję nowego szefa rządu. W ostatnich wypowiedziach premier podkreślał swoją determinację w kwestii wprowadzenia zmian w podatkach, powołując się nawet na możliwość rozpisania wcześniejszych wyborów w przypadku sprzeciwu ze strony koalicjantów.