To pewne nieporozumienie - tak premier Jarosław Kaczyński określił informacje, że w przyszłorocznym budżecie zabraknie 4 mld zł. Potwierdził jednak, że rząd wie o prognozie zmniejszającej przyszłoroczne dochody z 213,1 mld zł do 208,9 mld zł. Zdaniem premiera, nie oznacza to automatycznie cięć wydatków. - Jest możliwość innego oszacowania czźści dochodów tudzież wprowadzenia dochodów dodatkowych - stwierdził w Radiu ZET.
Nieco inną wizję ma jednak minister finansów Stanisław Kluza. - Owe 4 mld zł jest zmniejszeniem fiskalizmu w Polsce, jest skutkiem niższych i późniejszych, niż planowano, podwyżek akcyzy oraz zachowania kosztów uzyskania przychodów dla twórców - stwierdził. Przy okazji ujawnił, że Ministerstwo Finansów planowało powrót do wyższych o 25 gr/l stawek akcyzy na paliwa już we wrześniu tego roku. Teraz podwyżki są wstrzymane do końca roku. Co potem - nie wiadomo. Mimo problemów z dochodami S. Kluza zadeklarował, że nie zwiększy deficytu. - Priorytetem jest utrzymanie "kotwicy" budżetowej w wysokości 30 mld zł. Oznacza to, że wydatki będą na poziomie 239 mld zł - oznajmił.
Budżet nie będzie rozbuchany
Szef MF zapowiedział, że w sierpniu ustalane będą limity środków dla poszczególnych resortów. Dopiero po tym dowiemy się, jakie rząd planuje oszczędności. Premier zasugerował, że mogą one dotyczyć planów zwiększenia wydatków na policję o 2 mld zł. - Na pewno nie będzie to budżet rozbuchany - zapewnił J. Kaczyński.
Ekonomiści ambiwalentnie podchodzą do zmian szacunków MF. Przyznają, że korekta może pohamować apetyty koalicjantów na wydatki. "Przyjęcie dochodów budżetowych na niższym poziomie pozwoli zwiększyć dyscyplinę przy planowaniu budżetu" - twierdzą analitycy PKO BP. Coraz częściej słychać jednak głosy o tym, że całe zamieszanie podkopało wiarygodność "kotwicy" budżetowej. BZ WBK radzi inwestorom, by nie sugerować się deficytem budżetu, ale niedoborem obliczonym dla całego sektora finansów publicznych.