W piątek dowiedzieliśmy się, że tempo wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych było w II kw. znacznie niższe od oczekiwań. Wyniosło zaledwie 2,5 proc. Zła wiadomość dla amerykańskiej gospodarki została jednak pozytywnie odebrana przez rynki finansowe. Powód jest oczywisty: słabszy od oczekiwań wzrost produktu krajowego brutto może powstrzymać Rezerwę Federalną przed podwyżkami stóp procentowych.
Brak podwyżek stóp to co prawda zła wiadomość dla inwestujących w dolara (niższe stopy procentowe to mniejsza rentowność długu denominowanego w amerykańskiej walucie), ale już dla amerykańskiego rynku akcji jest to sygnał pozytywny. Podobnie jak dla całej reszty świata. To dobrze rokuje również nam, bo gdy perspektywa podwyżek stóp w Stanach Zjednoczonych oddala się, to globalni inwestorzy nie powinni się wycofywać z rynków wschodzących, w tym z Polski.
Kolejny raz przekonujemy się, że dla tego, co dzieje się na naszym rynku finansowym (nie tylko dla giełdy, ale też dla rynku długu czy walutowego) wydarzenia w kraju nie są decydujące. Oczy wszystkich skierowane są na Fed. Tymczasem na to, co dzieje się w naszym banku centralnym właściwie nikt nie zwraca uwagi (a przecież ciągle słyszymy, że już niedługo zaczną się podwyżki stóp procentowych; w normalnych warunkach takie zapowiedzi nie przechodzą chyba bez echa?). Do tego, żeby nasz rynek nieco się ożywił, potrzeba dopiero, żeby ktoś - najlepiej minister finansów - zadeklarował np., że w przyszłorocznym budżecie zabraknie paru miliardów.