Są zresztą głosy, że inflacja w Polsce będzie rosła jeszcze szybciej niż przewiduje to najnowsza projekcja NBP. Analitycy z UBS szacują, że na koniec roku wyniesie ona 1,7 proc. (Projekcja mówi o wzroście cen na koniec roku do 1,5 proc.) Ich zdaniem źródłem większej inflacji konsumenckiej są rosnące ceny na poziomie producentów, zwyżka cen ropy naftowej oraz efekty suszy. Co roku ceny żywności w Polsce spadają. Jeśli ze względu na suszę zabraknie choćby tego spadku to ze względu na efekt bazy zaobserwujemy wzrost inflacji. Trzeba też zauważyć, że w tej chwili nie mówi się o wzroście cen żywności, który przecież nie jest wykluczony.
Nie tylko tegoroczna susza jest problemem. Swoje robi też szybki wzrost gospodarczy oraz pojawiające się naciski na wzrost płac. Płace rosną szybciej niż realny PKB. Tu pomaga jeszcze wzrost wydajności, który w przemyśle jest na tyle duży (ostatnio 10 proc.), że niweluje inflacyjny efekt wzrostu płac. W usługach już nie jest tak dobrze i tu napięcia się pojawiają. Szybki wzrost gospodarczy generuje popyt, który sprawia, że wyższe wymagania płacowe będą odzwierciedlone w cenach produktów.
Gra o budżet
Ostrożną prognozę inflacji przedstawia minister finansów. Raczej innej nie należało się spodziewać. Resort finansów nie będzie straszył wyższą inflacją. Zwłaszcza, że teraz ministerstwo będzie szukać każdej złotówki. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że wcześniejsze szacunki dotyczące wpływów budżetowych na przyszły rok są jednak zbyt optymistyczne. Obecne mówią o wzroście dochodów o 13 mld, a nie o 17 mld złotych. To będzie musiało skutkować zmniejszeniem kwoty prognozowanych wydatków. Przyjmując niższą inflację w przyszłym roku będzie można coś dostać w ramach premii inflacyjnej. Sytuacja podobna do tej z tego roku, gdy mniejsza od rzeczywistej dynamika PKB sprawiła, że rząd ma możliwość bezproblemowego zamknięcia roku.
Im gorzej tym lepiej
Rynek oczekuje, że w najbliższym czasie RPP nie dokona zmian wysokości stóp procentowych. Tymczasem nie ma takiej pewności co do jej amerykańskiego odpowiednika, czyli Komitetu Otwartego Rynku (FOMC). Ostatnie dane dotyczące tempa wzrostu gospodarczego rozczarowują. Zamiast spodziewanego wzrostu PKB o 3 proc. w II kw. gospodarka USA wzrosła tylko o 2,5 proc. Kiedyś taka różnica szybko znalazłaby odzwierciedlenie w cenach amerykańskich aktywów. Teraz też znalazła, ale w zupełnie inny sposób. Rynek zdawał się radować z niższego tempa wzrostu. Ten paradoks jest prosto wytłumaczyć, gdy weźmiemy pod uwagę, że w tej chwili inwestorzy są znacznie bardziej wyczuleni na zmianę stóp procentowych niż dynamikę wzrostu gospodarczego. Słabszy PKB w II kw. został przyjęty pozytywnie, bo zostało to odebrane jako przyczynek do zatrzymania zacieśniania polityki pieniężnej.Czy słusznie? Nie jest to wcale takie proste. Ben Bernanke dwa miesiące temu mówił, że dynamika wzrostu gospodarczego zawsze będzie na drugim miejscu za wzrostem cen. Nadzieje na zatrzymanie podwyżek miałyby poważne podstawy, gdyby dało się zauważyć zmniejszenie napięć inflacyjnych. Wskaźnik wydatków konsumpcyjnych, liczonych bez kosztów jedzenia i energii, zwiększył się w drugim kwartale o 2,9 proc., czyli najszybciej od III kw. 1994 r.