Dziś premier będzie oceniał publicznie ministrów. Ciekawe, czy pochwali szefa resortu finansów. Ma za co - choćby za to, czego sam nie potrafi.
W felietonie sprzed dwóch dni na temat abolicji podatkowej i lustracji napisałem, że niektóre oświadczenia majątkowe posłów i urzędników wywołują uśmiech politowania - albo są nieszczere, albo stanowią dowód nieudolności w zarządzaniu własnymi (a więc pewnie i publicznymi) pieniędzmi. Czytelnicy natychmiast zwrócili mi uwagę, że powinienem był z nazwiska wymienić w tym gronie premiera, skoro z jego oświadczenia wynika, że tylko ostatnio, jeszcze jako poseł, otrzymał 28 tys. zł diety i 120 tys. zł pensji, a zdołał zaoszczędzić jedynie 10 tys. zł i 1,2 tys. dolarów. O takich zarobkach, jakie od lat ma poseł Kaczyński, zwykły Kowalski może pomarzyć. Pytają więc Czytelnicy, jak to się dzieje, że szef rządu tak kiepsko zarządza własnym portfelem, jakie przyjemności tak dużo go kosztują i czy my - podatnicy - możemy czuć się bezpiecznie przy chyba jednak rozrzutnym premierze.
Na szczęście jest i dobra wiadomość. Niektóre oświadczenia mogą wywoływać nie uśmiech politowania, lecz podziw. W rządzie jest osoba, która potrafi i zarobić, i zaoszczędzić. I to jest ktoś, kto trzyma naszą państwową kasę pod nadzorem - minister finansów. Ma majątek wart ponad 9 mln zł, z czego ponad 7 mln zł trzyma w akcjach (w portfelu asset management). Większość pieniędzy to ponoć efekt udanej gry na giełdzie, gdzie minister miał zainwestować przed laty zaledwie ćwierć miliona złotych. No, no, no... Jeśli równie dobrze pójdzie mu z inwestowaniem/wydawaniem publicznego grosza...