Rząd przyjął pakiet pomocy dla rolników, który ma złagodzić straty wywołane suszą. Na marginesie - przy okazji dyskusji o obowiązkowych ubezpieczeniach pojawiła się dość ciekawa informacja. Otóż, według ubezpieczycieli, susza, czy raczej zagrożenie suszą, jest zjawiskiem częstym i zaczyna pojawiać się praktycznie każdego roku.
Tymczasem rząd zachowuje się, jakbyśmy mieli do czynienia z klęską niespotykaną do tej pory. Albo więc towarzystwa wciskają opinii publicznej kit, bo chcą się wyłgać od niechcianego obowiązku, albo rząd przegapił ostatnich parę lat.
Oczywiście, Rada Ministrów jest nowa, zwłaszcza premier. Ale wicepremier Andrzej Lepper na swoim stanowisku ma nieco większy staż, a poza tym jest rolnikiem z zawodu i kieruje czymś w rodzaju partii chłopskiej, więc chyba o kaprysach natury powinien wiedzieć więcej.
Tak czy owak - pakiet został przyjęty, co będzie budżet kosztować ok. 500 mln zł. Od razu pojawiły się sugestie, że to za mało (ciekawe, skąd takie wnioski - czyżby rząd nie wierzył GUS-owi w ocenie szkód). Z drugiej strony zaś usłyszeliśmy głosy ulgi, że to na szczęście mało, bo z zapowiedzi wicepremiera Leppera wynikało, że pomoc będzie liczona w miliardach.
Ale czy owe 500 mln zł to mało? Sam się zacząłem nad tym zastanawiać. Otóż, jak wynika z danych GUS, średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw w czerwcu wyniosła 2625 zł. A więc żeby zarobić na tę pomoc dla rolników, przez miesiąc musiałoby pracować ponad 190 tys. osób. I to w sytuacji, gdyby każdą zarobioną złotówkę oddawali rolnikom. A przecież w kolejce do ich pieniędzy są jeszcze ZUS, budżet, samorządy itd. Poza tym - aby pracować przez miesiąc, trzeba jeszcze jeść i pić. Sprawę mieszkania i ubrania można sobie podarować, bo mamy lato. A więc można śmiało powiedzieć, że na pakiet dla rolników będzie pracować od blisko 400 tys. do prawie 600 tys. osób przez miesiąc.