Lider rynku, z perspektywami, notujący imponujący wzrost zysków, który będzie kontynuowany w przyszłości. Innymi słowy: maszynka do zarabiania pieniędzy. Firma, która może sobie pozwolić na zaciągnięcie wielomilionowego kredytu, aby wypłacić ponad 172 mln zł dywidendy - to szczodra nagroda dla tych, którzy stworzyli to cudo. Spółka, która nie musi sięgać po pieniądze z giełdy (sprzedaje tylko "stare" akcje), bo przecież zarobi tyle, że starczy i na spłatę kredytów, i na inwestycje, i na dywidendę w przyszłych latach.

Co to za spółka? To Opoczno. O pardon, to miało być Opoczno. Tak go przedstawiano, gdy wchodził na giełdę. Jednak zamiast obiecanych kokosów, nabrani inwestorzy (tak chyba czują się uczestnicy oferty publicznej) musieli przełknąć gorycz spadających notowań firmy. Powodów do spadków nie brakowało. Korekty prognoz (tylko w dół), coraz niższe wyniki - to tylko niektóre z nich. Rezultaty za II kwartał br. nie wróżą przełomu.

W tej sytuacji nie dziwi, że doszło do istotnych roszad w kierownictwie firmy. Odeszli z niej już nawet ci, którzy przyszli na miejsce tych, którzy odeszli wcześniej. Co ciekawe, żaden z obecnych członków zarządu nie jest uczestnikiem programu opcji menedżerskich (wprowadzonego przed wejściem Opoczna na GPW). Czy nie zabraknie im zatem motywacji? Prezes Mirosław Godlewski zapewnia o determinacji swojego zespołu. Twierdzi, że jest zadowolony ze składu zarządu. Musi jednak pamiętać, że zadowoleni powinni być przede wszystkim akcjonariusze.