Majowo-czerwcowa spadkowa korekta, mimo że poniesione w jej czasie straty zostały niemal w całości odrobione, znacznie obniżyła roczne tempo wzrostu indeksu WIG20. Spadło ono z przeszło 80 proc. na szczycie 11 maja, do 35 proc. obecnie. W połączeniu z rekordowymi często wynikami spółek za II kwartał 2006 roku dziura między zbyt szybkim wzrostem kursów w odniesieniu do tempa poprawy wyników została przynajmniej częściowo zasypana. Pytanie tylko, czy to już koniec dostosowania. Wczorajsze dane makro z USA potwierdzają opinie Bena Bernanke, szefa amerykańskiej władzy monetarnej, że tamtejsza gospodarka zwalnia. O ile inflacja (CPI) było zgodna z oczekiwaniami, to nie można powiedzieć tego samego o lipcowej produkcji przemysłowej (+ 0,4 proc., wobec oczekiwanych +0,6 proc.). Spowolnienie szczególnie dobrze widoczne jest w sektorze budowlanym, który jest istotnym konsumentem miedzi. W tej sytuacji po raz kolejny zadać wypada pytanie, czy 200-proc. roczna zmiana notowań KGHM, najważniejszej spółki w WIG20, to nie jest trochę zbyt dużo.

W sytuacji, kiedy czołowe spółki cykliczne, których zyski silnie od tempa wzrostu gospodarczego na świecie, mogę mieć kłopoty ze zwyżka kursów, ciężar kontynuacji hossy spada na banki. Te z przydzielonej im roli, przynajmniej na wczorajszej sesji, wywiązały się dzielnie - choć między spółkami rosnącymi i malejącymi w trakcie wczorajszych notowań panowała względna równowaga, to właśnie banki przesądziły o tym, że główne indeksy zyskały na wartości. Jednak wobec dość wysokich wskaźników wycen w tym sektorze w porównaniu do regionalnych konkurentów, można mieć wątpliwości czy ta branża może być motorem napędowym kolejnej fali wzrostowej na GPW.

Wydaje się, że w tej sytuacji dość trudno będzie odwrócić trend, zgodnie z którym inwestorzy zagraniczni częściej w ostatnim czasie stawali na warszawskiej giełdzie po stronie podaży.

Dobre wyniki finansowe czy szybkie tempo wzrostu gospodarczego to dobry pretekst jedynie do utrzymania kursów w okolicach obecnych poziomów przez krajowe instytucje.