Wczoraj rozpoczął się trzeci tydzień strajku w największej kopalni miedzi na świecie. Pracownicy chilijskiej Escondidy wciąż domagają się wyższych pensji od proponowanych przez australijski koncern BHP Billiton, kontrolujący zakłady.
W wyniku strajku wydobycie miedzi z Escondidy spadło o połowę, a jej ceny podskoczyły na światowych giełdach. Wczoraj w Londynie płacono 7590 USD za tonę metalu z dostawą za trzy miesiące, czyli o 1,5 proc. więcej niż w piątek. Według informacji zarządu chilijskiej kopalni, która odpowiadała w zeszłym roku za 8,5 proc. światowych dostaw miedzi, strajk kosztuje jej właścicieli (BHP ma 57,5 udziałów, reszta należy m.in. do Rio Tinto i Mitsubishi) 16 mln USD dziennie.
BHP poprawiło ofertę i chce podnieść płace o 4 pkt proc. powyżej inflacji. Górnicy domagają się jednak podwyżki o 10 pkt proc. (wobec 13 pkt proc. na wstępie) ponad inflację i pakietu dodatków w wysokości ok. 30 tys. dolarów. BHP oferuje dodatkowo 17,8 tys. USD za 36-
-miesięczny kontrakt. Zdaniem analityków, BHP stać na więcej, bo dzięki wysokim notowaniom na rynku surowcowym kasa koncernu jest pełna. Przewidują, że jutro, kiedy opublikuje wyniki finansowe, pochwali się aż 67-proc. wzrostem zysku.
Ponad dwa tysiące członków Związku Pracowników Escondidy Nr 1, który skupia 94 proc. załogi kopalni, debatowało nad nową propozycją BHP w niedzielę wieczorem, jednak już w połowie prezentacji uznali ją za niewystarczającą. - Wygląda na to, że strajk będzie trwał dłużej niż się powszechnie oczekuje. Choć w końcu zostanie zawarty kompromis - przewiduje Ron Cameron, analityk surowcowy z firmy Ord Minnett w Sydney. Dotychczasowe protesty górników w chilijskich kopalniach rozwiązywano zazwyczaj w ciągu kilku tygodni.